W ŻYCIU TRZEBA BYĆ AUTENTYCZNYM
Z Andrzejem Kowalczykiem, poetą, terapeutą i uzdrowicielem pranicznym rozmawia Włodzimierz Adam Osiński.


- Jawisz mi się jako taki "niespokojny duch", osoba o wielu talentach, która nie tylko uzdrawia i pomaga ludziom, ale ciągle się uczy i poszukuje ostatecznych prawd.

- Pewnie masz rację. Urodziłem się i dorastałem na obrzeżach Warszawy, gdzie miałem duży kontakt z przyrodą, gdyż niedaleko naszego domu były lasy i łąki. Nigdy nie czułem się "inny", ale od zawsze widziałem o wiele więcej niż moi rówieśnicy; dostrzegałem energie miejsc, drzew, roślin i wszystkich żywych istot. Widziałem także duchy zmarłych oraz różne istoty niefizyczne, których inni nie dostrzegali. W dzieciństwie doświadczałem niezwykłej bliskości i jedności energetycznej z lasem oraz wszystkimi jego mieszkańcami. Zawsze najlepiej czułem się w naturze pełnej drzew, kwiatów i roślin. Do dzisiejszego dnia przyroda jest dla mnie szczególnie ważna, tu wspaniale odpoczywam i znakomicie ładuję swoje energetyczne akumulatory.

- Rozumiem, że twoje doświadczanie energii otaczającego cię świata dojrzewało wraz z wiekiem.
- Jako nastolatek nawiązywałem coraz bardziej świadomy kontakt ze światem duchowym. Było to związanie nie tylko z dojrzewaniem mojego ciała fizycznego ale także powłok subtelnych i czakr czyli centrów energetycznych, które rozwijają się wraz z dorastaniem. Kiedy miałem dwanaście lat niespodziewanie zmarł mój dziadek Antoni i zanim o tym się dowiedzieliśmy, jego duch pojawił się w naszym domu. Tak się złożyło, że byłem wtedy zupełnie sam. Najpierw wyczułem jego obecność, a potem usłyszałem charakterystyczny odgłos podkutych butów, które zawsze nosił. Pojawienie się dziadka miało być sygnałem, szczególnie dla mnie, ale także dla całej naszej rodziny. Duch zmarłego pragnął przekazać wszystkim, że nadal istnieje i ma się dobrze.

- Takie spotkanie z duchem musiało być dla ciebie nie lada przeżyciem?
- Początkowo myślałem, że wytrzymam, ale ponieważ ciągle nikt z dorosłych nie przychodził, uciekłem z domu i poszedłem do mojej cioci, która mieszkała na sąsiedniej ulicy. Cały czas wiedziałem, że ze strony dziadka nic mi nie grozi, ale w końcu strach zwyciężył. Jednak największe paranormalne zdarzenie jakiego doświadczyłem i jakie ukształtowało moją osobowość, miało miejsce w kilka lat później. W wieku dziewiętnastu lat wyjechałem w sprawach urzędowych do innego miasta, gdzie zatrzymałem się na jedną noc w hotelu mieszczącym się w starej dziwiętnastowiecznej kamienicy. Następnego dnia obudziłem się bardzo wcześnie i leżąc w łóżku obserwowałem jak promienie słoneczne wpadają do hotelowego pokoju. W pewnym momencie, ku mojemu zdumieniu, w pokoju zrobiło się jeszcze jaśniej, a wszelkie dźwięki, budzącego się do życia hotelu, przestały do mnie docierać. Wtedy też zaobserwowałem, ale nie swoimi oczami tylko jakimiś innymi zmysłami, że ze światła wyłoniła się ogromna postać, która wyciągnęła do mnie swoje ręce. Zanim się zorientowałem byłem już poza swoim ciałem fizycznym i unosiłem się pod sufitem. Już wcześniej miałem doświadczenia z wychodzeniem ze swojego ciała, najczęściej działo się to całkiem spontanicznie tuż przed zaśnięciem. Ponieważ nikt z mojej rodziny nie potrafił wytłumaczyć mi, co się ze mną dzieje, bałem się takich sytuacji i starałem się siłą woli nie dopuszczać do eksterioryzacji. Tym razem, kiedy świetlista postać sprawiła, że opuściłem swoje ciało, nie poczułem żadnego lęku. Byłem czystą świadomością, która bez jakichkolwiek emocji obserwowała jak na hotelowym łóżku spoczywa nieruchome ciało. Kiedy, już po tym całym wydarzeniu, wielokrotnie analizowałem to wszystko co mnie spotkało doszedłem do wniosku, że było to coś w rodzaju energetycznej inicjacji. Świetlista postać obdarzyła mnie lub aktywowała w mojej duchowej istocie zdolności, którymi obecnie posługuję się podczas uzdrawiania. W kilka chwil, a może minut później świetliste ręce sprawiły, że powróciłem do swojego ciała, a duchowa istota zniknęła. Znowu mogłem się poruszać i słyszeć dźwięki dochodzące z hotelowego korytarza. To było przełomowe wydarzenie, które odmieniło moje życie i pokierowało w stronę duchowości.

- Jak teraz tłumaczysz sobie to niezwykłe zdarzenie?
- Kiedy po latach zdobyłem odpowiednią wiedzę duchową, zrozumiałem dlaczego to wydarzenie miało miejsce właśnie w tym czasie. Otóż, w wieku dziewiętnastu lat moje wyższe czakry były już na tyle rozwinięte, że mogłem w sposób na wpół świadomy doświadczyć tej energetycznej inicjacji. Nie sądzę zresztą, aby ktoś, kto funkcjonuje w ciele fizycznym, był w stanie zupełnie świadomie odebrać taki duchowy dar. Jestem przekonany, że dopiero po zakończeniu mojego istnienia w materii będę mógł w pełni świadomie docenić akt łaski jakiego doświadczyłem. Bez właściwej świadomości wiele zdolności lub darów jakie ofiarowuje nam świat duchowy jest dla nas niedostępnych ponieważ swoimi lękami, strachem i niezrozumieniem blokujemy do nich dostęp. Kiedy robimy coś czego nie rozumiemy, to nawet, jeżeli nam się wydaje, że jest to prawdziwe, to w gruncie rzeczy, prawdziwym nie jest. Taka twórczość, uzdrawianie lub inne działanie nie ma w sobie oryginalności, nie przekonuje to innych, nie przemawia do nich i nie jest skuteczne. Każdy pisarz, twórca lub uzdrowiciel powinien mieć swoją własną wewnętrzną prawdę, która jest darem i wyznacznikiem oryginalności.
Ta duchowa inicjacja, którą opisałem sprawiła, że ze świata metafizycznego zaczęły spływać do mnie najróżniejsze informacje stojące w jawnej sprzeczności z wiedzą jaką mogłem przeczytać w książkach naukowych, filozoficznych lub religijnych.

- Jak te informacje wpłynęły na twoje dalsze życie?
- Świat duchowy przemawiał do mnie na swoich własnych zasadach co sprawiało, że nie zawsze było mi łatwo żyć. Zanim stałem się "pełnoetatowym" uzdrowicielem, przez wiele lat zwyczajnie pracowałem i zarabiałem pieniądze. W wieku 26 lat wyjechałem na stałe do Niemiec. Pracowałem jako robotnik budowlany i człowiek do wszystkiego, po latach założyłem firmę, która także zajmowała się budową i renowacją domów w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Dzięki swoim pozazmysłowym zdolnościom widzenia i odczuwania miałem możliwość doświadczania tego co myśli i czuje drugi człowiek, jak mnie odbiera i czy jest w stosunku do mnie nastawiony przyjaźnie. Rozpoznawałem prawdę lub fałsz, nieszczerość lub nieuczciwe intencje, wiele razy pomagało mi to w prowadzeniu firmy i sprawiało, że zawczasu wycofywałam się z wątpliwych interesów. Wszystkie swoje zdolności mogłem także wykorzystać patrząc na czyjeś zdjęcie. Ciągle zgłaszali się do mnie różni ludzie, którzy wiedząc o moich zdolnościach prosili mnie o pomoc lub uzdrowienie. W końcu w 2014 roku zdecydowałem się założyć drugą firmę, w której  do dziś dnia, zajmuję się jedynie uzdrawianiem.

- Jakie systemy uzdrawiania znalazły się w twoim kręgu zainteresowań?
- Ze względu na to że moje zmysły i odczuwanie świata było trochę odmienne, przez cały czas prowadziłem swoje własne studia i poszukiwania duchowe. Początkowo dokonywałem zabiegów w sposób spontaniczny poprzez łączenie się z energiami i przykładanie rąk, postanowiłem jednak zapoznać się z innymi technikami uzdrawiania. Kiedy zgłębiałem filozofię buddyjską i hinduizm poznawałem jednocześnie systemy uzdrawiania rodem z Dalekiego Wschodu, potem przyszła pora na energię duchową reiki, polinezyjski masaż Ma-uri oraz na uzdrawianie praniczne, na którym skupiłem się najdłużej. Technika uzdrawiania pranicznego pochodząca od filipińskiego mistrza Choa Kok Sui to szereg technik, medytacji oraz skutecznych praktyk, które pomagają zrozumieć i pracować z praną, czyli uniwersalną energią życia. Techniki praniczne bardzo mi się spodobały ponieważ działają jak katalizator, przyspieszający proces uzdrawiania poprzez podniesienie naturalnej witalnej siły życiowej każdego człowieka.
Pomimo tak wielu duchowych doświadczeń nie zdecydowałem się na żaden konkretny system, dlatego też opieram się głownie na własnych doświadczeniach w pracy z energią. Kursy uzdrawiania są bardzo ważne, ale także istotne są nasze bezpośrednie doświadczenia, próby i błędy. Każdy, kto oferuje ludziom duchową formę uzdrawiania powinienem robić to z pełną odpowiedzialnością. To co robię ma ogromne znaczenie nie tylko dla klienta, ale także dla mnie, nie muszę składać przysięgi Hipokratesa, ale powinienem mieć wielkie poczucie odpowiedzialności. Swoją niewiedzą można kogoś skrzywdzić dlatego nie należy robić z siebie cudotwórcy, ale z pokorą wyjaśnić, że jakaś sprawa leży poza zasięgiem naszych kompetencji i zaproponować wizytę u lekarza specjalisty. Nie jestem wyrocznią i nie feruję wyroków z pogranicza życia i śmierci. Nie polecam też początkującym uzdrowicielom pracować z bardzo ciężkimi przypadkami. Do wszystkiego trzeba dojrzeć i zdobyć właściwe doświadczenie.

- Na swoich wykładach i zajęciach przekonujesz jak ważny jest w utrzymaniu zdrowia wysoki poziom świadomości, jak można to rozumieć?
- Jak wielu innych tłumaczę, że podstawą długiego i zdrowego życia jest wyjście z poziomu lękowego i przejście na częstotliwość serca. Każdy może osiągnąć i funkcjonować na uzdrawiającym stanie świadomości i nie potrzeba do tego jakiś wielkich działań. Współczesny świat atakuje nas bardzo dużą ilością informacji, która niesie ze sobą morze niskiej, negatywnej energii, co sprawia, że tracimy własną energię zamiast ją zachowywać. W stanie podwyższonej świadomości należy cieszyć się bieżącym życiem, a nie zamartwiać o przyszłość. Do tego prostego psychicznego BHP możemy dodać także unikanie kontaktów z osobami, które nas meczą lub zanudzają swoimi problemami, jałowymi dyskusjami lub plotkami. Natomiast godne polecenia jest dobre i zdrowe odżywianie oraz właściwy relaks w czasie posiłków, ubierajmy się także kolorowo oraz unikajmy głośnej muzyki. Duże skupiska ludzkie takie jak dyskoteki, koncerty rockowe lub masowe widowiska sportowe również nie dodają nam wysokiej energii, a raczej ją obniżają. Po większej dawce takich "atrakcji" możemy poczuć się nie tylko zmęczeni, ale wręcz osłabieni. Oczywiście nie oznacza to, że należy stronić od ludzi. Dobrymi sposobami na naładowanie naszych akumulatorów jest czerpanie energii podczas spacerów, wycieczek do lasu lub przechadzek nad brzegiem morza, rzeki albo jeziora. Codzienne życie powinno być proste i zgodne z wewnętrznym kompasem przekonań, pozbawione zmartwień oraz sztywno określonych rytmów. Jeśli chcemy, aby nasza spontaniczna duchowość mogła rozkwitnąć nie powinniśmy także ograniczać jej do sztywnych religijnych ram, których wewnętrznie nie czujemy.

- Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuję i pozwolę sobie pożegnać się sanskryckim słowem Namaste przypominającym o tym, że każdy z nas nosi w sobie boską cząstkę.
rozmawiał: Włodzimierz Adam Osiński


Andrzej Kowalczyk
- uzdrowiciel praniczny, terapeuta, doradca życiowy, podróżnik i poeta. Od urodzenia posiada dar jasnowidzenia, a także odczuwania i przekazywania energii życiowej. Łączy swoje naturalne zdolności z wiedzą o świecie subtelnych energii oraz znajomością ludzkiej psychiki. Dociera do przyczyn aktualnego stanu zdrowia fizycznego i psychicznego. Wydał kilka tomików swojej poezji miłosnej. Prowadzi wykłady i seminaria w Polsce oraz zagranicą.
Tekst zamieszczony w miesięczniku "Czwarty Wymiar" w numerze 01/2020.

Sesje uzdrawiania pranicznego
przez Internet
prowadzi uzdrowiciel Andrzej Kowalczyk