TAM, GDZIE DUCH WYRYWA SIĘ Z MATERII
SAI BABA W OCZACH PIELGRZYMÓW
Wydawałoby się, że o tej niepozornej Istocie w pomarańczowej szacie powiedziano i napisano już prawie wszystko. Dziesiątki relacji, książek i filmów przybliża nam fenomen Sathya Sai Baby postaci, której nie wypada nazywać Bogiem, choć określenie Człowiek także jest nie na miejscu. I tak jak inni żyjący przywódcy duchowi, również Baba oprócz gorliwych wyznawców posiada swoich zaciekłych adwersarzy pragnących za wszelką cenę ośmieszyć Go lub zdemaskować.

POPRZEZ JEDENASTY WYMIAR
Wsiadając do samolotu lecącego do Indii byłem pełen obaw czy z moim uniwersyteckim wykształceniem i mentalnością "niedowiarka" będę w stanie w pełni otworzyć się i przyjąć to, co tysiącom wyznawców z całego świata oferuje Prasanthi Nilayam, aśram Sathya Sai Baby leżący w jego rodzinnej wiosce Puttaparthy. Nie wiedziałem, co tutaj znajdę szczególnie, że od pewnego czasu nie miałem już pojęcia, czego szukam.

W ciągu ostatnich lat, z racji dziennikarskich obowiązków, poznałem wiele najróżnorodniejszych metod uzdrawiania, osób mieniących się być wszystkowiedzącymi boskimi pośrednikami, lub głosicieli boskich systemów filozoficznych.
I właściwie zawsze, po za nielicznymi wyjątkami, na końcu wszystkich rytuałów, przekazów czy obrzędów, stała chęć zdobycia sławy, pieniędzy, uznania, lub recepta na wygodne życie pełne zagranicznych podróży.
W ezoteryce, tak jak w każdej innej dziedzinie, króluje obecnie marketing i ostra walka z konkurencją. Aby zapełnić salę wykładową nie wystarczy już mieć przekazy z Oriona, czy kontakt ze swoim wyższym ja. Współczesny "mistrz duchowy" musi być, co najmniej pół człowiekiem pół kosmitą, grać na "świętych" instrumentach, przekraczać "wrota czasu" lub ujawniać tajne kody z jedenastego wymiaru. Na szczęście jeszcze mam wybór i mogę pisać wam, kochani czytelnicy, o ludziach, których na prawdę uważam za wartościowych.

MISSION IMPOSSIBLE
Pierwszego dnia w aśramie obudziłem się bardzo wcześnie. Wyszedłem z budynku, w którym zostaliśmy zakwaterowani na sali ogólnej, z postanowieniem poznania Prasanthi Nilayam. Był ciepły listopadowy poranek. Aśram dopiero budził się do życia. Wszystko było dla mnie nowe, egzotyczne i zaskakujące. Z niedowierzaniem obserwowałem szeregi budowli, które wznieśli hinduscy wielbiciele Sai Baby w formie sevy czyli darmowej pracy. Jak to możliwe, aby te wszystkie przepiękne gmachy, świątynie i domy mieszkalne powstały na życzenie jednego niepozornego człowieka, który na dodatek nikomu za to nie zapłacił. Kiedy zastanawiałem się nad tym niepojętym energetycznym fenomenem, dostrzegłem ukrytą w cieniu orkiestrę dętą wytrwale trenującą przed zbliżającymi się urodzinami Sai. Hindusi grali dobrze znaną mi melodię pochodzącą z filmu "Mission Impossible". W ten sposób aśram udzielił mi odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie od dawna pytania. Wiedziałem już, że jestem w miejscu, w którym panująca energia pomaga ludziom spojrzeć we własne wnętrza, odkryć boską iskrę i wydobyć ducha z cielesnej materii. Takiej misji niemożliwej mógł podjąć się jedynie człowiek będący wcieleniem wielkiej duchowej Istoty.

ETAT U PANA BOGA

Dobrym duchem naszej indyjskiej wyprawy była Jadwiga, Wrocławianka, która od dziesięciu lat przyjeżdża do Puttaparthy, aby spędzać tu całą zimę. Popularną "White Lady" znają wszyscy sprzedawcy i strażnicy świątyń. Jadwiga oprowadza nas po aśramie i okolicach Puttaparthy. Zwiedzamy miejsce urodzin Swamiego, mauzoleum jego rodziców, wspinamy się na wzgórze gdzie na drzewku życzeń mały Baba wyczarowywał przeróżne owoce dla współtowarzyszy swoich dziecięcych zabaw.
Dzięki Jadwidze poznajemy także doktora K.V. Srinivasa, wykładowcę biologii w college'u założonym przez Sai Babę w White Field w Kadugodi. Wykładowca pojawia się z żoną Sharadą i opowiada nam o swojej ponad trzydziestoletniej pracy na uczelni i związkach ze Swamim. Popijamy herbatę słuchając tego sympatycznego Hindusa, którego życie było pełne cudów, proroczych znaków i symbolicznych snów. Borykający się przez wiele lat z kłopotami finansowymi Srinivas ukończył studia, otrzymał stypendium, aż wreszcie podjął pracę na uczelni za sprawą nieustającego wstawiennictwa Sai. Hindus i jego żona czują się prowadzeni przez Swamiego, który pomagał im także w życiu rodzinnym. - Aby moja żona mogła zajść w ciążę i urodzić zdrowe dziecko musiała przejść operację ginekologiczna, na którą nie mogliśmy sobie pozwolić. Na szczęście Swami namówił pewnego lekarza z Bangalore, aby przeprowadził ten zabieg całkowicie za darmo. W trzy miesiące później Sharada zaszła w ciążę, a w rok po operacji urodziła zdrowego chłopca, któremu Sathya nadał imię Aruna Kumar. W dwa lata później urodził się nasz drugi syn, któremu Swami nadał imię Waruna - wspomina Srinivas. Synowie dr. Srinivasa otrzymali imiona należące do hinduskich bogów. Aruna to Bóg Wschodzącego Słońca, natomiast Waruna to imię Boga Wody i Dobrego Prawa. Dorosły obecnie Waruna posiada zdolności różdżkarskie umożliwiające mu odnalezienie podwodnych cieków wodnych - umiejętność bardzo cenioną w borykających się z brakiem wody Indiach.
- Pewnego dnia studnia, z której czerpaliśmy wodę wyschła. Waruna wziął wtedy różdżkę i znalazł miejsce pod budowę nowego ujęcia wody. Kiedy studnia została już wykopana, pojawił się urzędnik, który stwierdził, że zdrój znajduje się zbyt blisko drogi i zgodnie z przepisami należy do gminy - opowiada dr Srinivas. - Postanowiliśmy poprosić Sai Babę o pomoc. Swami, gdy tylko nas wysłuchał polecił, aby jeszcze raz dokonać pomiarów. Urzędnik, nie mógł uwierzyć własnym oczom, kiedy następnego dnia okazało się, że studnia znajduje się o jedną stopę (ok. 33 cm) dalej od drogi, a co za tym idzie może być naszą prywatną własnością.
Wszystkie opowieści Srinivasa przyjmujemy ze zrozumieniem, jakby cuda stwarzane przez Sai były czymś całkowicie naturalnym i oczywistym. Zaczynamy także rozumieć, dlaczego wykładowca nie zdecydował się na pracę w prywatnych uczelniach godząc się na wielokrotnie niższą pensję i życie na granicy ubóstwa.
- Nigdy nie myślałem, aby odejść od Swamiego. Byłem przecież zatrudniony u Pana Boga - uśmiecha się doktor Srinivas.

W OBIĘCIACH BABY

W kilka dni później zaprzyjaźniam się z Jankiem, nobliwym starszym panem cieszącym się wielką charyzmą wśród polskich pielgrzymów.
Serdeczność i ciepło bijące od tego człowieka sprawiają, że zwierzam się mu ze swoich dolegliwości, które niespodziewanie dopadły mnie w aśramie. Janek okazuje się być uzdrowicielem o wieloletnim doświadczeniu. Po kolacji wprawnymi dłońmi dokonuje zabiegu na moich stopach. Następnego dnia spotykamy się w pendżabskiej kantynie. Janek podczas posiłku nie używa sztućców tłumacząc, że jedzenie palcami pozwala na energetyczną przemianę pożywienia w rodzaj homeopatycznego lekarstwa. To już jego 8 pobyt w Prasanthi Nilayam.
- Zawsze było we mnie głębokie poszukiwanie prawdy i Boga. Błądziłem przez wszystkie religie: byłem katolikiem, adwentystą, zielonoświątkowcem, otarłem się nawet o wiarę świadków Jehowy. Wszędzie widziano we mnie osobę z predyspozycjami do bycia osobą duchowną. Kiedy poznałem prawdę o reinkarnacji zrozumiałem, że Człowiek nie żyje tylko raz, ale wcielając się wielokrotnie dąży do osiągnięcia samorealizacji, czyli zjednoczenia z Bogiem. Wtedy nadszedł czas na religie Wschodu: Islam, Hinduizm i Buddyzm. W '95 roku przeczytałem w miesięczniku "Nie z tej Ziemi" artykuł o Sai Babie i natychmiast dołączyłem do grupy wyruszającej do Indii. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Swamiego na darszanie zrozumiałem, że jest to cel moich życiowych poszukiwań. Pewność, której wtedy doświadczyłem wypłynęła z mojego wnętrza i była całkowicie niezależna od intelektu. Po powrocie do Polski Janek otrzymał dar natychmiastowego uzdrawiania słowem w imieniu ducha świętego. Osoby przychodzące do niego z prośbą o pomoc mdlały i wstawały już zdrowe. Wtedy też w jego życiu zdarzył się największy cud.
- Pewnej zimowej nocy wracałem samochodem z Warszawy do Krakowa. W okolicach Grójca drogę zagrodziła mi nieoświetlona cysterna. Pragnąc wyminąć przeszkodę straciłem panowanie nad kierownica, a mój samochód koziołkując wpadł do rowu. Przejeżdżający obok kierowcy nie dawali mi żadnych szans na przeżycie. Jednak ja wszedłem z wraku mojego samochodu nawet nie draśnięty. Czułem, że to Baba uratował moje życie trzymając mnie cały czas w swoich ramionach - opowiada Janek.

CHUSTECZKA PEŁNA ŁEZ
Janek nie był jedynym uzdrowicielem, którego spotkałem w aśramie. Drugim weteranem wypraw do aśramu Sai okazał się Konstanty Krajewski z Suwałk. W środowisku terapeutów przez wiele lat uchodził za zdolnego zielarza, chociaż jak sam przekonuje, była to tylko sprytna zasłona jego paranormalnych metod uzdrawiania. Także pan Konstanty zachwycił się jedną z pierwszych publikacji dotyczących Sathya Sai Baby i wraz z gronem przyjaciół wyruszył do Indii.
- Od razu wyczułem, że Baba przerasta wszystkich znanych mi proroków takich jak Zoroastra, Jezus czy Mahomet. A pod koniec naszego pięciotygodniowego pobytu w Prasanthi Nilayam zrozumiałem, że mam do czynienia z samym Bogiem - wspomina pan Konstanty. - Stało się to podczas ostatniego interview. Nasza dwudziestoosobowa grupa Polaków rozmawiała z Babą przez ponad 1,5 godziny. Sathia przekonywał nas, że niektórzy porównują go do sztukmistrza prezentującego przed publicznością swoje sztuczki on natomiast może bez żadnego przygotowania zrobić wszystko, o co zostanie poproszony.
Na prośbę zgromadzonych podczas interview osób na wyprostowanej dłoni Sai Baba pojawił się złoty pierścień z ogromnym diamentowym oczkiem. Sathia stwierdził, że jeśli byłby właścicielem kopalni złota i diamentów, mógłby "wyczarować" jeszcze wiele takich pierścieni, tymczasem On nie potrzebuje niczego, aby stworzyć taki klejnot, gdyż dzieło stworzenia jest jedynie dziełem bożym. Podrzucił pierścień do góry, a on rozpłynął się w powietrzu. W tym momencie zrozumiałem, że rozmawiam z Bogiem. Łzy same napłynęły mi do oczu.
Po powrocie do kraju pan Konstanty uzyskiwał jeszcze lepsze wyniki w uzdrawianiu swoich klientów. Był w stanie przywracać wzrok i cofać nowotwory. Po pewnym czasie stał się nawet ofiara prześladowań ze strony środowiska lekarskiego, a księża traktowali go jak opętanego przez szatana.

DRUGA SZANSA

Nadchodzi pora darszanu. Tysiące przeciskających się przez wąskie uliczki Prasanthi wyznawców niosą ze sobą gwar rozmów i intensywność zapachów. Trzeba bardzo uważać, albowiem ta ludzka rzeka potrafi porwać w swoje nurty nieostrożnego pielgrzyma i ponieść go w odmiennym od zamierzonego kierunku. Przyzwyczajony do innych warunków medytacji z trudem znoszę rewizję osobistą przed wejściem na dawny plac darszanowy, a obecnie porażającą swoim przepychem świątynię Sai Kulwant Hall, mogącą pomieścić ponad 20 tysięcy ludzi. Codziennie spędzam tu długie godziny siedząc na wypolerowanych stopami pielgrzymów kamieniach. Jeszcze kilka lat temu Sathya rozpoczynał darszan około siódmej rano, wędrując między rzędami wyznawców, zbierając listy i zapraszając na interview. Teraz pojawia się najczęściej przed godziną dziewiątą, aby wysłuchać badżanów i pomachać do swoich wielbicieli z okna elektrycznego samochodu. Wszyscy czekają na ten moment, aby chociaż przez krótką chwilę ujrzeć swojego ukochanego guru i w geście błogosławieństwa przelewać jego energię na swoją aurę. W połowie naszego pobytu w aśramie, na jednym z darszanów, poczułem się jak bohaterowie telewizyjnego serialu "Lost - Zagubieni", którzy otrzymali od Wyspy drugą szansę na odmienne pokierowanie swoim losem. Zrozumiałem, że ja także dostałem od Swamiego taką drugą szansą i mogę po powrocie do kraju tak pokierować swoim życiem, aby jak najdłużej zatrzymać w sobie jego energię. Nie ma przecież sytuacji bez wyjścia. Zawsze można poprosić o wybaczenie, oddać stare długi lub jako pierwszy wyciągnąć rękę na zgodę. Nie trzeba zagłębiać się w teorię karmy by zrozumieć, że problemy, które teraz rozwiążemy lub sytuacje, jakim stawimy czoło już nigdy do nas nie powrócą. Energia tych prostych prawd jak olśnienie przepływa przez moje ciało. Ręce same składają mi się w geście hinduskiego pozdrowienia - Om Sai Ram.

CHWILA DLA SIEBIE

Atmosfera aśramu oraz wszystkie rozgrywające się w nim wydarzenia sprzyjają medytacjom i zadumie nad własnym życiem. Zagubienie we współczesnej cywilizacji coraz częściej nie mamy nawet chwili, aby zajrzeć do własnego wnętrza i zastanowić się, dokąd tak naprawdę zmierzamy. Czemu urodziliśmy się właśnie teraz, co chcieli przekazać nam nasi rodzice, jaka jest nasza misja życiowa i czego powinniśmy nauczyć swoje dzieci? Przebywając w gościnie u Sai mamy wreszcie chwilę, aby z pochodnia w dłoni zagłębić się w meandrach umysłu w poszukiwani boskiej iskry, która na resztę życia rozświetli mroki naszej świadomości. To czas odnajdywania w sobie Boga, bo przecież wszystko, co wyszło spod ręki Stwórcy przeniknięte jest jego Istotą. Prasanthi Nilayam jest jak dobrze oświetlony początek drogi, w którą każdy może samodzielnie wyruszyć. Decyzja o rozpoczęciu podroży zależy jednak wyłącznie od nas samych.
Włodzimierz Adam Osiński
tekst zamieszczony w miesięczniku "Czwarty Wymiar" nr 03/2007.