SZAMANKA I MARZYCIEL

Z Beátą Alföldi szamanką i medicine-woman oraz z Frédéric'em Cherri uzdrowicielem i trenerem przemiany rozmawia Włodzimierz Adam Osiński.

- Jak to się stało, że dwoje ludzi, wychowanych w zachodniej tradycji, usłyszało wewnętrzny zew i wstąpiło na szamańską ścieżkę?

Beáta Alföldi - Dla mnie była to naturalna konsekwencja całego mojego procesu rozwoju. Jako małe dziecko zafascynowałam się tańcem, rodzice posłali mnie do szkoły baletowej i zostałam zawodową tancerką. Jednakże kariera tancerki trwa bardzo krótko, dlatego w wieku trzydziestu lat byłam także choreografką i reżyserką koncertów muzyki pop. Mimo błyskotliwej kariery szybko zorientowałam się, że moje życie wewnętrzne i zewnętrzne nie pokrywają się. To odczucie było tak silne, że zdecydowałam się wszystko zmienić. W ciągu sześciu miesięcy zakończyłam wszystkie swoje biznesowy projekty i wkroczyłam w świat szamanizmu, jogi i duchowego uzdrawiania. Dzięki mojej mamie, która ciągle podrzucała mi książki Carlosa Castanedy wiedziałam, że istnieje także świat Ducha i Energii i ten świat w pewnym momencie mnie wezwał. Dalsza część mojego życia to ciągły proces wewnętrznej ewolucji. Przez ostatnie siedemnaście lat wiele podróżowałam poznając rdzennych mieszkańców naszego globu i ucząc się od ich wodzów i szamanów. Nagromadzoną wiedzę i przeżyte rytuały przekazuje teraz innym na swoich zajęciach.

Frédéric Cherri - W moim życiu także towarzyszył mi "głód" duchowości. Pamiętam, że już jako ośmiolatek zacząłem zadawać rodzicom "trudne" pytania dotyczące wiary i religii. Moi rodzice, chociaż wychowywali mnie w duchu religii chrześcijańskiej, byli bardzo otwarci na inne filozofie i pozwolili mi szukać odpowiedzi w książkach poświęconych religiom Wschodu. W wieku piętnastu lat znałem pobieżnie hinduizm, buddyzm, sufizm oraz żydowską kabałę. Niestety, żadna z tych filozofii nie zaspokoiła mojego "głodu" i nie dała mi upragnionych odpowiedzi. Wkrótce po ukończeniu szkoły rzuciłem się w nurt życia zawodowego, które nad podziw dobrze mi się udawało. W wieku trzydziestu lat mieszkałem w eleganckiej dzielnicy Paryża i prowadziłem kilka znakomicie prosperujących interesów. Jednakże, podobnie jak w życiu Beáty, nie dawało mi to wewnętrznej satysfakcji. Czułem, że moje życie jest puste i pozbawione głębszego sensu. W tym czasie zacząłem miewać znaczące sny, które "zmuszały" mnie do podejmowania pewnych działań. Szybko nauczyłem się rozpoznawać sygnały i wskazówki jakie pojawiały się w moich sennych marzeniach. Wyjechałem z Paryża i przez cztery lata podróżowałem po świecie odwiedzając różne miejsca religijnych kultów. Kiedy dotarłem do Nowej Zelandii moje senne przekazy tak bardzo się nasiliły, że zrozumiałem, iż jest to moja "ziemia obiecana".

- Czy możecie opowiedzieć, co spowodowało, że nie tylko poszukiwaliście swojej duchowej ścieżki, ale także zaczęliście przekazywać tę wiedzę innym?

F.C.
- W moim przypadku były to oczywiście sny. Na początku mojego pobytu w Nowej Zelandii we śnie powiedziano mi, że powinienem podjąć radykalną decyzję i odmienić swoje życie. Sen wywarł na mnie tak kolosalne wrażenie, że nie mogłem zasnąć przez kolejne trzy noce. Czwartego dnia poddałem się; jedną firmę sprzedałem, drugą powierzyłem przyjacielowi, zmieniłem grono znajomych i zupełnie niespodziewanie poszedłem na kurs terapii czaszkowo-krzyżowej.
W tym właśnie momencie poczułem, że moje życie wreszcie nabiera sensu. Po czterech latach pobytu w Nowej Zelandii sny powiedziały mi, że nadszedł czas, abym zaczął nauczać, wtedy otworzyłem centrum uzdrawiania naturalnego i sam zacząłem prowadzić kursy.
Moje marzenia senne stawały się coraz wyrazistsze, oczarowywały mnie i zaskakiwały, a ja starałem się zapamiętać każdy ich detal. Wtedy nagle sytuacja się odwróciła. Niespodziewanie zmarł mój ojciec, a okoliczności tak się poukładały, że byłem jedyną osobą, która towarzyszyła mu w chwili odchodzenia. Wtedy też spontanicznie doświadczyłem poczucia zmienionej świadomość. To uczucie zupełnie przewartościowało moje postrzegania świata i życia. Chwila śmierci mojego ojca była jednocześnie chwilą wielkiego daru jaki ofiarował mi świat duchowy. Ten podarunek stał się kluczową zdolnością w mojej dalszej pracy terapeutycznej. Od tamtej chwili wiem, że wiedzę można pozyskiwać nie tylko w tradycyjnym procesie uczenia się, ale także poprzez olśnienie, na zasadzie natychmiastowego wglądu. Jestem przekonany, że w życiu każdego człowieka wydarzył się chociaż jeden taki moment, w którym samo życie zapukało do jego drzwi i pokazało mu inne sposoby postrzegania świata, które nie są związane z naszym umysłem.

B.A. - Mam wrażenie, że jest to pewien proces, w którym uczeń na skutek zdobytej wiedzy i przeżytych ceremonii lub rytuałów zaczyna odnajdywać się na zupełnie innym poziomie. W pewnej chwili przychodzi nasz czas, pojawiają się uczniowie, a my zaczynamy dzielić się z nimi naszą wiedzą i doświadczeniem. Jako mała dziewczynka widziałam energie i różne byty niefizyczne. Kiedy miałam jedenaście lat jedna z takich istot bardzo mnie wystraszyła, usłyszałam głęboki, nieprzyjemny głos i wyczułam coś wyjątkowo nieprzyjaznego. Tak się przestraszyłam, że nie mogłam kilka nocy spać. Posiadałam wrodzone zdolności lecz nie byłam jeszcze gotowa, aby tego wszystkiego doświadczać. Strach sprawił, że zablokowałam swoje zdolności na dwadzieścia lat. Moje kontakty ze światem duchowym powróciły dopiero w chwili, gdy byłam na nie gotowa. Ponieważ uwielbiam wszystko, co dotyczy pracy z ciałem, kiedy porzuciłam taniec ukończyłam kursy trenerskie i zaczęłam pracować jako instruktorka jogi. Moje wejście na szamańską ścieżkę było dla mnie czymś naturalnym. Brałam udział w różnych ceremoniach, rytuałach i inicjacjach, zainteresowałam się także pracą ze świętymi roślinami Indian obu Ameryk. Kiedy prawie osiem lat temu straciłam podczas porodu swojego syna dokonała się we mnie ostateczna przemiana, podczas której ponownie wkroczyłam na duchową ścieżkę, ale już bardzo świadomie i niezwykle głęboko.

- Czy jesteś w stanie opowiedzieć nam o tym wydarzeniu?

B.A.
- Poród był bardzo ciężki i trwał prawie trzy dni. W końcu serduszko mojego dziecka zatrzymało się i przyszedł na świat martwy. Chociaż mój były mąż i ja byliśmy już głęboko na ścieżce duchowej, było to dla nas bardzo traumatyczne i tragiczne przeżycie. Mimo, że staraliśmy się doszukiwać w tym wydarzeniu głębszego sensu, to jednak nie ustrzegliśmy się od zwykłych ludzkich uczuć, boleśnie przechodząc przez cierpienie, poczucie straty i potrzebującą czasu żałobę. To traumatyczne doświadczenie otworzyło przede mną bramę, którą musiałam w pełni przekroczyć, aby wstąpić na drogę, którą obecnie podążam pomagając innym kobietom uporać się z podobnymi życiowymi tragediami. Śmierć syna nie była końcem mojej szamańskiej "inicjacji". W kilka miesięcy później zmarła na raka moja matka, rozwiodłam się z mężem, straciłam stabilność finansową i żeby mieć dach nad głową musiałam zamieszkać w domu mojego ojca. Prawie cały czas spędzałam samotnie, z nikim się nie widując. W takich chwilach bardzo trudno być samemu ze sobą, a co dopiero wytłumaczyć komuś innemu przez co się przechodzi i co się czuje. Jednak patrząc z drugiej strony, był to okres mojego największego rozwoju. Dusza mojego zmarłego syna, któremu nadałam hawajskie imię Alekai, stała się moim przewodnikiem duchowym. Od tamtej pory towarzyszy mi w pracy, we wszystkich moich podróżach i przez cały czas bardzo odczuwam jego wspierającą obecność. Więź łącząca mnie z synem wychodzi poza ramy ludzkiego zrozumienia. Jestem mu bardzo wdzięczna za to duchowe wsparcie, uważam nawet, że bez jego pomocy nie mogłabym wykonywać tego, co obecnie robię. Jako kobieta i matka doświadczyłam najciemniejszej strony życia, dzięki czemu pracując jako nauczycielka i przewodniczka duchowa jestem w stanie zrozumieć najgłębsze odcienie mroku, przez które ludzie czasem muszą przejść. Mam także świadomość, że nieważne jest, co dzieje się w naszym życiu, ale jak potrafimy to przetransformować.

- Z pewnością wydarzenia, o których opowiadacie sprawiły, staliście się zupełnie innymi ludźmi, zdolnymi uzdrawiać i pomagać innym.

B.A.
- Właściwie największą przeszkodą jaką musiałam pokonać, aby stać się terapeutką i uzdrowicielką, były moje własne obawy. Musiałam sama siebie przekonać, że wkroczenie na ścieżkę rozwoju duchowego jest prawdziwym celem mojej duszy. Czułam, że wiąże się to z wielką odpowiedzialnością nie tylko dotyczącą mojej własnej osoby, ale także wszystkich innych ludzi, z którymi chciałam pracować i im pomagać. Na szczęście znalazłam w sobie wystarczająco dużo odwagi. Zdałam sobie sprawę, że o wiele boleśniejsze będzie pozostawanie w strachu przed wejściem na duchową ścieżkę, niż objęcie tego lęku i odważne zajęcie się pracą mojego życia. Miałam świadomość, że jakaś głęboka część moje osobowości pozostałaby niespełniona, gdybym w pełnie nie przejęła kontroli nas swoim lękiem i nie odważyła się przejść przez to do samego końca. Od tamtej chwili staram się w pełni realizować mój potencjał i wyrażać go całą sobą.

F.C. - Mam wrażenie, że moi opiekunowie duchowi nie mogli bardziej dosadnie wskazać mi drogi jaką powinienem obrać w życiu. W końcu usłyszałem ich wołanie i sam zacząłem rozwijać wszystkie dary jakimi mnie obdarzono. Stałem się uzdrowicielem i odniosłem sukces. Moim zdaniem uzdrowicielem jest człowiek, który pomaga innej osobie uzdrowić się, ale właściwie jego głównym zajęciem jest obserwowanie zmian, jakie zachodzą w trakcie procesu uzdrawiania.
Dlatego uważam, że możliwość obserwowania i widzenia świata w zmienionej perspektywie jest bardzo istotna. Jako ludzie mamy wrodzoną umiejętność sprawiania, żeby to co "widzimy" stawało się prawdą. A zatem terapeuta może zmienić stan zdrowia osoby, z która pracuje skupiając się nie na chorobie, ale na przywróceniu jego organizmu do stanu równowagi. Kiedyś, podczas prowadzonej przez siebie terapii, doszedłem do wniosku, że choroba sama w sobie nie istnieje lecz jest jedynie brakiem zdrowia. Żeby uaktywnić proces uzdrawiana wystarczy skupić się na przeciwieństwie choroby, czyli przekierować naszą uwagę na zupełnie odmienny stan. Kiedy sam to zrozumiałem zacząłem szkolić innych terapeutów. Wtedy też moje sny znowu się odezwały i popchnęły mnie na szamańską ścieżkę. Zacząłem podróżować po świecie odwiedzając szamanów, którzy powierzali mi swoją wiedzę, ze świadomością, że trafia ona we właściwe ręce. Tak zdobyte szamańskie doświadczenie jeszcze bardziej wyszlifowało i określiło moje nowe postrzeganie rzeczywistości.

- Czy możecie podpowiedzieć naszym czytelnikom jakieś proste praktyki lub rytuały, które pomagają zachować równowagę w codziennym, pełnym stresów, życiu?
B.A. - Praktyk pomagających zachować wewnętrzny spokój jest bardzo dużo. Osobiście każdego dnia znajduję czas, aby zapalić świecę, ulubione kadzidełka i trochę pomedytować. To bardzo ważna chwila, którą każdy powinien sobie podarować, nawet jeśli macie bardzo dużo rzeczy do zrobienia. Nawiązanie kontaktu z sobą samym, ze swoim wnętrzem, z duchowym aspektem każdego z nas to bardzo prosty lecz jakże potężny sposób na zachowanie wewnętrznej równowagi. Gdziekolwiek bym nie była zawsze także staram się utrzymywać kontakt z przyrodą: lubię pływać, chodzić po lesie lub buszu. Obserwując piękno i grację otaczającej mnie Natury czuję, że jestem jej częścią i czerpię z niej energię witalną. Oczywiście uwielbiam także tańczyć. Spontaniczne poruszanie ciałem i taniec są dla mnie formami duchowej praktyki. Te wszystkie ćwiczenia i rytuały, które nazywam "sposobami bycia" przynoszą mi zazwyczaj dużo radości. Dzięki nim moje życie "płynie", a ja pozostaję ugruntowana.

- Dziękuję za rozmowę.
rozmawiał: Włodzimierz Adam Osiński
zdjęcia z archiwum: Beáty Alföldi i Frédéric'a Cherri

Tekat zamieszczono w miesięczniku "Czwarty Wymiar" nr 5/2019


Beata
Alföldi - uzdrowicielka, jasnowidząca, medicine woman, prowadzi ceremonie i rytuały szamańskie, pomagania innym w przechodzeniu głębokiej osobistej transformacji, pracuje z dźwiękiem, głosem i energią. Stworzyła program Integral Woman dla Awareness Institute w Sydney w Australii, gdzie ukończyła dwuletnie studium poświęcone szamańskiemu i energetycznemu uzdrawianiu. Mieszkając w Peru studiowała u różnych curanderos z rejonu Amazonii i Andów. Została jedną z bohaterek filmu dokumentalnego "Women of Heart". Należy do Międzynarodowego Stowarzyszenia Leczenia Energetycznego (International Energetic Healing Association), inspiruje innych ludzi do odnajdywania w sobie indywidualnej drogi życia pełnej odwagi, autentyczności i wolności.

Frédéric Cherri - uzdrowiciel, medicine man, specjalizuje się w tradycyjnym i współczesnym uzdrawianiu w oparciu o psychologię, alchemię i odmienne stany świadomości. Inspiruje oraz wspiera innych w podejmowaniu radykalnych przemian życiowych. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu opracował wiele unikalnych programów i warsztatów szamańskich. Na skutek powtarzających się w jego snach obrazów i przekazów porzucił pracę zawodową na rzecz uzdrawiania i szamanizmu tworząc przed 20 laty ośrodek Natural Health Center mieszczący się w Nowej Zelandii.

25 IX 2020 - Szamańska Podróż z bębnem
warsztaty dla wszystkich prowadzi Beata Alföldi


26 - 27 IX 2020 - Duchowość jest Kobietą
szamańskie warsztaty dla kobiet prowadzi Beata Alföldi