JAK URODZIŁEM SAM SIEBIE, CZYLI W SZAŁASIE POTÓW
Kiedy przekraczałem próg szamańskiego szałasu potów byłem pełen obaw, czy wytrzymam to ekstremalne doświadczenie. Zamiast oczekiwać wieczornego chłodu przynoszącego ukojenie mojemu umęczonemu tegorocznymi upałami ciału, wbrew logice postanowiłem opływać nadal potem. Co więcej, udział w indiańskiej łaźni był dla mnie podwójnym wyzwaniem, nie tylko fizycznym ale także emocjonalnym, albowiem musiałem przezwyciężyć swoje zadawnione lęki. Stałem przed wejściem do szałasu pozbawiony nie tylko ubrania, ale także całej męskiej odwagi. Teraz wiem, że było warto.
TROCHĘ HISTORII
Szałas potów to rytuał odprawiany prawie we wszystkich pierwotnych wspólnotach na Ziemi. Spotykamy go nie tylko u Indian Ameryki Północnej i Południowej, ale także u Scytów, zamieszkujących tereny obecnej Rosji i Ukrainy. Współcześnie reprezentowany przez rosyjską banię lub fińską saunę (choć jedynie w aspekcie oczyszczania ciała). Rytuał po wielu latach powrócił do łask dzięki Indianom Ameryki Północnej, a w szczególności plemieniu Lakota.
Pierwotnie szałas potów służył do oczyszczani ciała, duszy i umysłu. Pomagał nie tylko wyzbywać się stresów i negatywnych energii, ale także napełniał uczestniczących w nim ludzi "nektarem życia" pierwotną wibracją kosmosu. Zbudowany z kamieni, gałęzi i skór symbolizował zjednoczenie się człowieka z przyrodą i ze swoimi starszymi braćmi: skałami, roślinami i zwierzętami. Zorientowany względem stron świata i podzielony zgodnie z szamańskim kołem medycznym.
Gromadziła się w nim starszyzna plemienna, aby podjąć ważne dla społeczności decyzje. Z szałasu korzystali także szamani, kiedy prosili o wizję lub pragnęli kogoś uleczyć. Podczas wielogodzinnej i wyczerpującej parówki wśród monotonnych śpiewów i zapachu palonych na gorących kamieniach ziół dochodziło do swoistej przemiany świadomości. Uczestnik rytuału wychodził z szałasu nie tylko oczyszczony fizycznie, ale także psychicznie, a nawet odrodzony duchowo. Wystawiał się na życiodajną energię kosmosu jak nowo narodzone dziecię, które właśnie opuściło matczyne łono. Zaopatrzony w wizję i stwórczą moc mógł teraz stawiać czoła nadchodzącym wydarzeniom.

W KRĘGU

Był to mój pierwszy szałas potów i przeżyłem go nad wyraz emocjonalnie. Naszą mistrzynią ceremonii była Margit Bohdalek, energiczna i doświadczona szamanka. Rytuał rozpoczęliśmy od znoszenia drewna na ognisko i budowy szkieletu szałasu potów. Wszystkie czynności miały swoje symboliczne znaczenie i tak ciężkie drewniane kłody, które z trudem zaciągaliśmy do ogniska wyobrażały problemy, od których planowaliśmy się uwolnić.
Kiedy budowa szałasu była już ukończona, ognisko rozpaliło się na dobre, a wokół nas zaczął zapadać zmierzch - wszyscy uczestnicy rytuału zasiedli w kręgu. Szamańskim zwyczajem Margit Bohdalek wręczyła nam "mówiący kij", który uprawniał do zabierania głosu w kręgu. Każdy z uczestników szałasu trzymając w dłoni kij, dzielił się z innymi osobami swoimi przemyśleniami, które przywiodły go na rytuał. Zauważyłem, że szamanka nie tylko bacznie się przyglądała wszystkim, ale także często wchodziła w trans i spoglądała na ciała subtelne mówiących osób. Zdarzało się wtedy, że otrzymane przez nią z "tamtej strony" informacje stały w jawnej sprzeczności ze świadomie wypowiadanymi przez jakąś osobę sądami. Proces ten można byłoby nazwać szamańsko-terapeutycznym docieraniem do prawdziwych potrzeb duszy, nie zawsze uświadomionych i często budzących gniew przerośniętego ego. Większość wypowiadanych przez szamankę kwestii było czymś w rodzaju prowokacji mających zmusić uczestników warsztatów do uruchomienia indywidualnego sposoby myślenia nie opartego na stereotypach. Osoba postronna mogła wtedy odnieść wrażenie, że szamanka traci kontakt z siedzącymi w kręgu uczestnikami jednak tak nie było.
Zanim nadeszła moja kolej w głowie miałem wielką pustkę, lecz gdy tylko wziąłem w ręce mówiący kij obraz moich potrzeb wyostrzył się i nabrał klarowności. Przypomniałem sobie, że od czasu pewnej niefortunnej kąpieli lękam się wody, a ponadto ciągle borykam się z wieloma uczuleniami. Szamanka stwierdziła, że za niektórymi dolegliwościami mogą stać moje relacje z matką, zasugerowała również, abym będąc w szałasie potów postarał się po raz wtóry przeżyć własne narodziny. Także pozostałe wskazówki, jakie otrzymałem od Margit istotnie ukierunkowały moją pracę podczas całej ceremonii.
Zauważyłem, że szamance, która nie trzymała się sztywno kolejnych elementów rytuału, najbardziej zależało na tym, aby każdy skupił się na własnych indywidualnych przeżyciach i odczuciach. Swoim niecodziennym i przekornym zachowaniem stale prowokowała wszystkich do nierutynowego myślenia, zapewniając nas, że "szamanizm jest wszędzie", a rytuały można odprawiać zawsze i w każdym miejscu.

NA CZTERY STRONY ŚWIATA

Szałas potów składał się z czterech części odpowiadających siłom przynależnym czterem kierunkom świata. Naszą podróż po szamańskim kole medycznym rozpoczęliśmy na Południu. Każdy z uczestników szałasu prosił wtedy o rzeczy niezbędne dla jego osobistego rozwoju. Biorący udział w rytuale wypowiadali słowa, w których czuło się wiele napięcia, a panująca w szałasie ciemność sprzyjała szczerym wypowiedziom. Po każdej modlitwie szamanka polewała gorące kamienie wodą.
W drugiej części rytuału, w której dominowały siły Zachodu, skupiliśmy się na naszych najbliższych, rodzinie, przyjaciołach i znajomych. I znowu po każdej z modlitw zalewała nas gorąca fala pary wydobywającej się z polewanych przez szamankę rozgrzanych kamieni.
Po zakończeniu drugiej części opuściliśmy na chwilę szałas, aby leżąc na chłodnej trawie przyglądać się rozgwieżdżonemu niebu. Ogarnęło mnie wtedy niewyobrażalne uczucie lekkości, w którym nie było ani Nieba ani Ziemi tylko wielka pierwotna przestrzeń wypełniona energią życia.
Przed rozpoczęciem się trzeciej części szamanka poprosiła Ogniomistrza o dołożenie kamieni i znów zalała nas fala gorącej pary zmieszana z zapachem szałwi. W Północnej fazie rytuału jego uczestnicy w swoich modlitwach skupili się na odrzucaniu wszystkiego, co przeszkadzało im w życiu, niszczyło i wyprowadzało ze stanu równowagi. Prosiliśmy, zatem o uwolnienie od wszelkich negatywnych emocji, destrukcyjnych związków oraz od chorób i cierpień fizycznych.
Była to najważniejsza, najdłuższa i najbardziej wyczerpująca cześć całej ceremonii, podczas której jego uczestnicy otwarcie opowiadali o swoich lękach i słabościach. Niejedna z osób musiała wtedy walczyć ostatkiem sił z chęcią natychmiastowego opuszczenia wnętrza gorącego szałasu.
Ostatnia, Wschodnia część rytuału należała wyłącznie do szamanki, kiedy to polewając kamienie wodą przywoływała 20 Świętych Sił Wszechświata prosząc je o inspirację, światło i siłę twórczą dla wszystkich uczestników szałasu.

GALOPEM KU SŁOŃCU

Moja wizja pojawiła się całkiem nieoczekiwanie. Wsłuchany w niski głos szamanki zanoszącej modły do bóstw poczułem, że skromna przestrzeń szałasu nagle uległą zmianie. Nie siedziałem już na podłodze, ale unosiłem się na wodzie w jakiejś zaciemnionej jaskini. Czułem się tam nad wyraz bezpiecznie kołysany przez ciepłą wodę. Nagle ściany jaskini zaczęły na mnie napierać. W niemym geście ratunku wyciągnąłem przed siebie ręce i wtedy sklepienie pieczary rozwarło, a moje oczy poraziło światło słoneczne. Ktoś uchwycił moje dłonie i wyciągnął mnie z jaskini. Kiedy już mój wzrok przyzwyczaił się do jasnego światła zobaczyłem, że moim wybawcą jestem ja sam. I wtedy obie części mnie samego stały się jednością. Stałem na piaszczystej wydmie osłaniając dłonią oczy przed palącym słońcem pustyni. Obok mnie stał mój wierny rumak. Wskoczyłem na konia i co tchu popędziłem ku słońcu. Byłem szczęśliwy i wolny jak wiatr. Kiedy galopowałem po wydmach wizja zaczęła tracić na wyrazistości. Znowu znalazłem się w ciemnym szałasie, mokry jak nowo narodzone dziecię - zmęczony, ale szczęśliwy. Szamanka kończyła właśnie ostatnie inkantacje. Gdy po zakończeniu rytuału opuściliśmy szałas potów zaczynało już świtać.

KŁOPOTY Z PRZODKAMI

Następnego dnia, kiedy wypoczęci popijaliśmy gorącą herbatę Margit Bohdalek pokusiła się o kilka słów podsumowujących jej pierwszy rytuał przeprowadzony z udziałem Polaków.
- Odniosłam wrażenie, że z powodów kulturowych i obowiązujących w Polsce zwyczajów wiele problemów rodzinnych ma swoją przyczynę w braku porozumienia z waszymi genetycznymi i duchowymi przodkami - twierdzi Margit Bohdalek. - W życiu każdego człowieka bardzo istotne jest uporządkowanie otaczającej go przestrzeni subtelnej, którą zajmują nie tylko jego myślokształty, ale także duchy przodków. Ktoś, kto nie porozumie się ze swoimi przodkami, będzie nieświadomie powtarzał popełnione przez nich błędy borykając się z podobnymi problemami, takimi jak trudności finansowe czy kłopoty w związkach.
Pogodzenie się z naszymi przodkami skutecznie oczyszcza naszą przestrzeń subtelną, otwierając ją na istoty świetliste, wcielonych mistrzów oraz uzdrowicieli wszelkich miejsc i czasów. Szamanka przekonuje, że takie postępowanie ułatwia i upraszcza życie nie tylko żywym, ale także zmarłym. W innym wypadku nasza zapełniona duchami przodków przestrzeń na zawsze pozostanie zamknięta przed uzdrawiającą energią Źródła. Zrozumienie przodków pozwala osiągnąć wyższy poziom samoakceptacji, miłości do samego siebie oraz lepsze zrozumienie potrzeb naszej duszy. Nasi genetyczni, biologiczni oraz duchowi przodkowie zamiast przeszkadzać, mogą nas bardzo skutecznie wspierać we wszystkich życiowych poczynaniach.

SIŁA WSPÓLNOTY

- Jedno z szamańskich praw głosi, że prawidłowy proces uzdrawiania nigdy nie przebiega indywidualnie, tylko dla jednej osoby, ale obejmuje całą grupę uczestnicząca w rytuale.
- Wyzwolona w ceremonii energia oddziałuje na wszystkie osoby, które znalazły się w podobnej sytuacji lub mają takie same problemy - mówi Margit Bohdalek. - Dlatego właśnie uczestniczenie we wspólnym rytuale jest takie ważne. Przywraca nam intensywność życia; wrażliwość doznań oraz ekspresję doświadczania tego, co akurat przerabiamy. W dodatku cały proces zachodzi intuicyjnie bez zbędnej racjonalizacji. Tak przeprowadzony rytuał odtwarza nasze połączenia z istotami świetlistymi.
Włodzimierz Adam Osiński
tekst zamieszczony w miesięczniku "Czwarty Wymiar" nr 11/2006.