OSTATNIE TAKIE SIOŁO
czyli ŻYCIE ZGODNE Z NATURĄ
Kiedy oglądamy odkopane po latach zaginione miasta dawnych cywilizacji, lub olśniewające zabytki minionych epok, mimo niezaprzeczalnego uroku tych miejsc, odnosimy smutne wrażenie, iż czas tych wspaniałych artefaktów dawno już przeminął. Gdyż to nie kamienie, porcelana ani złoto napełniają życiem tamte budowle, ale mieszkający w nich ludzie. Kiedy jakaś rasa, plemię lub nawet pokolenie odchodzi z tego świata pozostawione przez nich narzędzia zatracają swoje pierwotne funkcje stając się muzealnymi eksponatami lub niezrozumiałymi przedmiotami zbytku.
To nie recytujący z pamięci, przewodnik ożywia przed turystami minione chwile, ale człowiek potrafiący przywrócić ducha tamtych czasów - nie rozumem, lecz sercem. Wędrując po pełnej energetycznych mocy Białowieskiej Puszczy odnaleźliśmy jedno z ostatnich takich miejsc.

W TRÓJKĄCIE BERMUDZKIM
W małej wiosce Budy leżącej kilka kilometrów od Białowieży od kilku lat można zwiedzać pierwszy w Polsce prywatny Skansen Kresowy, a w nim kompletną chłopską zagrodę z przełomu XVIII i XIX wieku. Jednak prawdziwym skarbem Sioło Budy nie są zgromadzone w nim eksponaty, lecz niestrudzona przewodniczka, kustosz i opiekunka w jednej osobie Maria Nieczyporuk.
- Ziemie znajdujące się w obszarze trzech miast Hajnówka - Siemiatycze - Zabłudów nazywamy żartobliwie Trójkątem Bermudzkim, ale nie, dlatego, że ludzie, którzy tu przyjeżdżają znikają bez śladu, ale że wrastają w ten region wzbogacając jego język, zwyczaje i kulturę - śmieje się pani Maria. - Od wieków na kresach jak w wielkim etnicznym tyglu mieszały się kultury kilku narodowości; polskiej, białoruskiej i ukraińskiej. W nie jednej rodzinie ojciec uważał się za Białorusina, jego syn za Ukraińca, a wnuk z Polaka. Jedynym wspólnym czynnikiem była zawsze prawosławna wiara.

A PODEJDŹ DO PŁOTA

Przybyłych do skansenu wita, oparta o wyplatany z wierzbowych witek płot, uśmiechnięta pani Maria Nieczyporuk. Nieskomplikowana konstrukcja oraz gałązki użyte do zbudowania płotu zawierają w sobie, jak większość przedmiotów w skansenie, wiele funkcji i ukrytych znaczeń. Wierzbowy płot, nazywany tynem, był nie tylko zieleniącym się latem żywopłotem, pod którym rolnicy pozostawiali swoje drewniane narzędzia takie jak sochy, brony i radła, aby ochronić je przed palącym słońcem, ale także znakomitą zaporą ogniową. Zimą natomiast szczelna konstrukcja płotu chroniła chatę przed wiatrem i śniegiem.

W DREWNIE I SŁOMIE
Podstawowym eksponatem "Sioło Budy" jest, licząca ponad 160 lat, wiejska chata, w której konstrukcji oraz wnętrzu zawarta została cała ludowa mądrość dotycząca czerpania z darów przyrody i życia zgodnego z prawami natury.

- Chata wykonana jest z drewnianych bali i pokryta słomianą strzechą - opowiada pani Maria. - Biedniejsi chłopi, których nie było stać na zakup drewna, wyplatali swoje chaty z chrustu i obrzucali je gliną. W brew pozorom taka konstrukcja była mocna i dawała znakomitą izolację cieplną. Podczas budowy domu wykorzystywano tylko naturalne materiały, które pozyskiwano lub obrabiano w najdogodniejszych ku temu czasie. Brak zanieczyszczeń środowiska i stosowanie jedynie nawozów naturalnych przyczyniało się do tego, że uzyskiwane produkty były mocne, trwałe i długowieczne, a co ważniejsze zdrowe i niepowodujące uczuleń ani chorób. Słomiana strzecha pozyskiwana z żytnich kłosów uprawianych bez nawozów i ręcznie młóconych, jeszcze w XIX wieku mogła służyć jako pokrycie dachu i znakomity izolator cieplny przez prawie 30 lat, natomiast współczesna słoma kruszy się i nasiąka zaledwie po upływie połowy tego czasu. Dom zbudowany z drewna i przykryty słomą zimą dawał ciepło, a latem orzeźwiający chłód. - Natura jak rodzona matka przygotowała wszystko dla człowieka - tłumaczy pani Maria. - Wystarczyło tylko nauczyć się korzystać z jej darów, nie niszczyć jej ani nie zatruwać. Tak postępowali od wieków mieszkańcy wsi. To, co nie zdawało egzaminu było odrzucane, natomiast to, co było praktyczne podlegało udoskonalaniu z pokolenia na pokolenie.


NA BIAŁO I NA NIEBIESKO
Wiele prac wykonywanych było zwyczajowo bez uświadamiania sobie ich głębszego znaczenia. Jedną z takich czynności przekazywanych z ojca na syna i matki na córkę było wiosenne bielenie chat i malowanie ram okiennych na niebiesko. Chata pobielona wapnem była czysta i zdezynfekowana, a promienie słoneczne odbijały się od białej powierzchni nie nagrzewając wnętrza domu. Także niebieski kolor ram okiennych nie był bez znaczenia, gdyż skutecznie odstraszał bąki i duże muchy nazywane gwarowo ślepakami. Aby skutecznie pozbyć się tych natrętnych owadów, nie raz i całe kuchnie malowano na niebiesko, a ściany dekorowano makatkami wyszywanymi także w tym kolorze.

WOKÓŁ PIECA

Całe życie, nawet kilkupokoleniowej, chłopskiej rodziny toczyło się w jednej izbie wokół dużego glinianego pieca. Służył on nie tylko do gotowania i ogrzewania chaty, ale także do pieczenia chleba, suszenia zboża i spania. - W tamtych czasach mało kogo stać było na piec kaflowy lub zbudowany z cegieł, dlatego podstawowym do niego budulcem była glina, która można było wykopać za darmo - opowiada pani Maria. - Przesuszoną i rozsypującą się w dłoniach glinę wsypywano do drewnianej formy i ubijano specjalnymi tłukami, aż do uzyskania elastycznej masy. Zbudowanie pieca zajmowało dwóm mężczyznom od 3 do 4 tygodni pracy po 16 godzin dziennie. Dobrze ubity piec służył od 50 do 80 lat, a jego trwałość zależała od składu gliny i pory roku, w której została wykopana. Ponieważ nie robiono trzonów kuchennych całość palenia odbywała się wewnątrz pieca.
Największą tajemnicą zduna było odpowiednio wykonane sklepienie we wnętrzu pieca. Specjalne pochyłości sprawiały, że ogień kłębił się po całym wnętrzu pieca równomiernie go ogrzewając. Ochłodzony dym wychodził z pieca ulatując na zewnątrz chaty przez drewniany komin. Piec służył do pieczenia i gotowania potraw dla ludzi i zwierząt. Gospodyni gotowała tylko raz dziennie, najczęściej z samego rana. Gliniane garnki ustawiano w półkole i obsypywano żarem za pomocą drewnianej łopaty zwanej kociubą. Po ugotowaniu jedzenia wszystkie garnki pozostawiano w piecu, który zamykano przed udaniem się w pole. Takie jedzenie pozostawało gorące i gotowe do spożycia przez cały dzień.
Kiedy przychodziła pora na pieczenie chleba, czysty i nagrzany piec wyściełano liśćmi kapusty, chrzanu lub tataraku, a potem układano w nim wyrobione ciasto. Wyrośnięte bochenki ustawiano na półce i przykrywano lnianym obrusem, który zabezpieczał od kurzu, wysychania i pleśni. Piec służył jako całoroczne legowisko dla dzieci; tu spały i bawiły się. Takie ciepłe posłanie sprawiało, że dzieci nigdy nie marzły, a przeziębione szybko dochodziły do zdrowia. Dodatkowo na piecu suszono zboże przeznaczone do mielenia w żarnach. Parujące mikroelementy zbóż wpływały leczniczo na organizmy dziecięce. Nieopodal na niskim, ale także ciepłym, zapiecku sypiali dziadkowie.

DOBRA NATURY

Prawdziwa gospodyni wiedziała, jak wielką wagę mają dary przyrody, dlatego też w lecznictwie, utrzymaniu czystości, higieny, a nawet ogrodnictwie sięgała po zioła. Nawet liście paproci nazywanej gwarowo widłakiem po uzyskaniu z nich wywaru służyły do płukania włosów nadając im lśniący zdrowy wygląd, a swoim zapachem odstraszając wszy i inne pasożyty. Wiedza o ziołach i sposobie ich zrywania przekazywana była z matki na córkę. - Z jednej kępki ziół można było delikatnie zerwać jedynie 2/3, tak, aby roślina mogła się odrodzić - tłumaczy Marian Niczyporuk. - Dodatkowo ogołocone miejsce zwyczajowo musiało zostać przykryte kromką chleba, który rozkładając się użyźniał glebę, zakwaszał i wzbogacał o dobrotliwe bakterie. Tak właśnie nasi przodkowie przekazywali z pokolenia na pokolenie szacunek dla przyrody.

OD GROMU I CHORÓB

W owych czasach chaty oświetlano łuczywami na łój zwierzęcy. Jednak na specjalne okazje zapalano gromnice, duże świece zrobione z pszczelego wosku. Kiedy nadchodziła burza z piorunami we wszystkich chatach w oknach wystawiano woskowe świece. Zwyczaj ten traktowano tak poważnie, że porzucano wszelkie prace polowe i jak najszybciej wracano do domu, aby tylko zdążyć zapalić gromnicę. Obecnie wiemy, że paląca się świeca zmieniała jonizację powietrza i ratowała przed uderzeniem pioruna. - Naturalny wosk pszczeli, spalając się uwalnia wiele substancji mających dobrotliwy wpływ na ludzki organizm - mówi pani Maria. - Świeca zapalona na pogrzebie wpływała kojąco na system nerwowy, zrozpaczonych stratą bliskiej osoby krewnych. Palona przez 2-3 godziny dziennie wzmacniała dziecięce organizmy ratując je przed chorobami górnych dróg oddechowych, łagodnymi odmianami grypy, a nawet zatruciami pokarmowymi. Wiadomo także było, że jej zapach (zapobiegał) łagodził alergie i napady duszności. Obecnie najczęściej stosujemy świece woskowe jako pochłaniacze toksyn zawartych w papierosowym dymie, a zdolność neutralizowania jonizacji ujemnej wykorzystujemy kładąc je na telewizorach lub monitorach komputerowych.

LEN I WEŁNA

Wszystkie tkaniny służące do wyrobu ubrań, pościeli, obrusów i ręczników także były wykonane ręcznie. Latem królował przewiewny len, a zimą ciepła wełna. Proces produkcji był całkowicie naturalny i pozbawiony związków chemicznych. Z braku wybielaczy płótno polewano wodą i wystawiano na słońce, które nie tylko bieliło tkaninę, ale także za pomocą promieni ultrafioletowych zabijało wszelkie roztocza i grzyby. Taka tkanina nigdy się nie elektryzowała i nie wymagała płukania w płynie antystatycznym. Najstarszą ozdobą, której nie mogło zabraknąć w każdej chłopskiej chacie był pamiętający czasy Rusi Kijowskiej wyszywany ręcznik. Bogato zdobiony podłużny kawałek płótna towarzyszył każdemu od narodzin, poprzez najważniejsze momenty życia, aż po ostatnią drogę. Tradycja przyozdabiania takich ręczników dotrwała do początku XX wieku.

CHCIAŁAM TYLKO DORADZIĆ

Maria Nieczyporuk nie ma uniwersyteckiego wykształcenia, ale swoją wiedzą nieustępuje nawet dyplomowanym etnografom. Co ważniejsze, jej wypływające z serca opowieści mają magiczną moc przenoszenia przybyłych turystów w czasy gdy jedynym dostarczycielem wszelkich produktów była jeszcze natura.- Kiedy w skansenie próbowano odrestaurować zapuszczoną chatę zasugerowałam jak powinna być urządzona i przyozdobiona. Właściciel obiektu zachwycił się moją wiedzą i nieoczekiwanie powierzył mi pieczę nad całością prac. Od tamtej pory stałam się nie tylko kustoszem, ale także przewodnikiem i menedżerem dbającym o finansową kondycję obiektu - mówi przewodniczka. Pani Maria od niedawna prowadzi także wykłady oraz warsztaty sztuki ludowej dla młodzieży z Polski i Niemiec. Na zajęciach uczy tkania obrusów, wycinania papierowych kwiatów i pająków, wyszywania, a nawet przędzenia lnu. - Od dzieciństwa interesowało mnie rękodzieło ludowe. Zamęczałam, więc swoich dziadków, ciotki, rodziców i starsze siostry - wspomina pani Maria. - Z anielską cierpliwością dziadek tłumaczył mi zasady budowania pieców, babcia uczyła wyszywania, a siostry wycinania kolorowych kwiatów z bibułki.

DAĆ RADOŚĆ

- Kiedy nasz skansen zwiedzają starsze osoby bardzo często w ich oczach pojawiają się łzy radości, że jest jeszcze miejsce, w którym zachowała się atmosfera ich lat młodzieńczych - mówi Maria Nieczyporuk. - Bardzo się cieszę, że mogłam przyłożyć do tego rękę i odtworzyć świat mojego dzieciństwa gdyż takie było moje marzenie. Kiedy przekazuję ludziom swoją wiedze moja dusza raduje się, a serce rośnie. Pośród ryku jeleni, śpiewu ptaków i kumkania żab czuję się częścią natury, jestem bezpieczna i szczęśliwa.

Włodzimierz Adam Osiński
artykuł ukazał się w miesięczniku "Czwarty Wymiar".