WYPRAWA DO KRAINY DUCHA
OPOWIEŚĆ SZAMANA

Nazywam się Gerardo Pizarro i jestem szamanem lub jak mówią Peruwiańczycy - curandero. Urodziłem się 54 lata temu w małym górzystym miasteczku na północy Peru blisko granicy z Ekwadorem. Pochodzę z rodziny, w której były bardzo silne szamańskie korzenie. Moja babka i matka były znanymi w całej okolicy uzdrowicielkami i zielarkami. W wieku ośmiu lat zacząłem im pomagać mieszając zioła i przygotowując proste wywary. Kiedy skończyłem 12 lat postanowiłem, że zostanę prawdziwym curandero.
Poprosiłem swoją mamę i babcię, aby wprowadziły mnie na szamańską ścieżkę. Obie kobiety odmówiły twierdząc, że szaman musi być bardzo odpowiedzialny i posiadać pełną świadomość swoich czynów i możliwości. Ponieważ bardzo chciałem zostać szamanem to nic nikomu nie mówiąc odszedłem z domu. Rodzice przez kilka miesięcy szukali mnie po okolicy, wreszcie zostałem uznany za zmarłego. Swoich bliskich zobaczyłem dopiero po 14 latach.

JAK RZEKA ZABRAŁA MI DUSZĘ
Ponieważ chciałem podążać własną szamańską ścieżką wyruszyłem do puszczy amazońskiej, gdzie na granicy z Ekwadorem żyje plemię Auaruna. Aby się tam dostać dołączyłem się do małej wyprawy prowadzonej przez misjonarzy. Przez wiele dni płynęliśmy łodziami po nienazwanych dopływach Amazonki. Oprócz Indian i księży w ekspedycji brał udział także amerykański fotoreporter piszący reportaż dla jakiegoś poczytnego magazynu. Wszystko było dla niego nowe i zachwycające. Fotografował przyrodę, zwierzęta, towarzyszących nam Indian lub kąpiące się w rzece dzieci. Pewnego dnia podczas robienia zdjęć stracił równowagę i wypadł z łódki do rzeki. Kiedy wpadał do wody skaleczył się o metalowe okucie podtrzymujące wiosła. Rzeka natychmiast zaroiła się od krwiożerczych piranii. Pewien misjonarz próbował pospieszyć reporterowi z pomocą, ale towarzyszący nam Indianie powstrzymali go, tłumacząc mu, że także zginie. Kiedy w chwilę później woda uspokoiła się jeden z Indian wskoczył do wody i wyciągnął na powierzchnie szkielet dziennikarza. Powiedział, że te kości jeszcze przed chwilą były człowiekiem, który wraz z nimi brał udział w wyprawie. Wszyscy pożegnali reportera, którego szkielet na powrót wrzucono do wody.
Od tego dnia zacząłem panicznie bać się wody. Tak jak większość Indian wychowanych nad wodą, znakomicie pływałem, lecz strach, który wtedy poczułem sprawił, że przestałem się kąpać.
Co noc w sennych koszmarach widziałem miotającego się w wodzie dziennikarza otoczonego przez zabójcze ryby. I chociaż tłumaczyłem sobie, że piranie są agresywne tylko wtedy, gdy poczują krew, to jednak do wody bałem się wejść. Wioskowy szaman, u którego terminowałem szybko zorientował się, że panicznie boję się rzeki i celowo posyłał mnie po wodę do gotowania i picia. Żeby nie wchodzić do rzeki, znalazłem rosnące na brzegu pochyłe drzewo, z którego mogłem zaczerpnąć świeżej wody. Kiedy szaman zobaczył jak czerpię wodę z rzeki powiedział, że musi mnie nauczyć łowić ryby. W tym celu wsiedliśmy do łódki i popłynęliśmy na łowisko. Siedziałem obok szamana i trząsłem się ze strachu. Gdy przepływaliśmy obok miejsca, w którym zginął reporter, mój mistrz celowo przewrócił czółno i obaj wpadliśmy do wody. Indianin już dawno wyszedł na brzeg, a ja wciąż trzymałem się przewróconej łódki nie wiedząc czy jeszcze żyje, czy jestem tylko duchem. Wtedy dotarło do mnie, że nikt nie przyjdzie mi z pomocą i że sam będę musiał dopłynąć do brzegu. Kiedy prawie martwy ze strachy dopłynąłem do brzegu i padłem przed swoim mistrzem ten powiedział: - "A teraz napij się łyk wody i poproś rzekę aby zwróciła ci twojego ducha. Twój duch powinien być z tobą a nie pływać w rzece razem z rybami".
Napiłem się wody i zrobiłem tak jak prosił szaman. Następnego dnia Indianin znowu wysłał mnie po wodę, a ja zajęty swoimi myślami nawet nie zauważyłem, że wszedłem do rzeki bez strachu. Wracałem do wioski śpiewając z zadowolenia, że pokonałem swoje lęki. Gdy zobaczył mnie szaman także się ucieszył i powiedział: - Teraz jesteś żywy, odzyskałeś swojego ducha i możesz być wolny.

O LUDZIACH BEZ DUSZY
Kiedy człowiek przeżywa gwałtowne uczucie strachu podczas wypadku samochodowego lub innej grożącej śmiercią sytuacji, to bardzo często robi głęboki wdech. W takiej dramatycznej chwili, bez względu na to czy coś się stało czy nie, duch opuszcza ciało człowieka i pozostaje na miejscu zdarzenia. Od tej pory ciało takiej osoby funkcjonuje bez ducha gdyż zabrał go strach. Tacy ludzi dalej żyją jak zoombie lub jak rośliny. Kiedy ciało takiego człowiek umrze to jego duch nic o tym nie wiedząc nadal włóczy się po naszym świecie. Jednym z istotnych zadań każdego szamana lub curandero jest przywoływanie ducha do ciała osoby żyjącej, a w przypadku śmierci człowieka odprowadzenie go do światła. Wędrująca dusza jest bardzo niespokojna i aby wreszcie mogła odpocząć musi powrócić do ciała lub udać się w podróż do Stwórcy.
Najlepiej, jeśli rytuał przywoływania zostanie odprawiony w miejscu, w którym człowiek doznał tak wielkiej traumy, że postradał swoją duszę. Jednak bardzo doświadczony szaman, w oparciu o swoją intuicję, może przywołać duszę i odprawić ceremoniał w zupełni innym miejscu. Po zjednoczeniu ducha z ciałem człowiek może powrócić do świadomego życia.
DROGA PEŁNA DOŚWIADCZEŃ
Nigdy nie czytałem książek poświęconych szamanizmowi ani naturalnemu uzdrawianiu. Cała wiedza, jaką zgromadziłem przez te wszystkie lata pochodzi z praktyki i została mi przekazana przez innych curandero, u których terminowałem. Reszty nauczyło mnie życie w amazońskiej dżungli. Dobre i złe doświadczenia, których doznałem przemieniły się w wiedzę i intuicję. Moja droga do bycia szamanem była bardzo ciężka. Przechodziłem trudne próby, podczas których poznawałem moce natury i ich wpływ na nasze życie. Dzięki temu nauczyłem się szacunku dla ludzi i dla Matki Natury. Teraz wiem, że okazywanie szacunku jest jednym z najważniejszych zadań, jakie spotkały mnie w życiu, gdyż bez szacunku jesteśmy niczym. Poznałem także "szamanów", którzy z chęci wzbogacenia się i życia tak jak Biali zaczęli nadużywać swoich mocy. Jednak większość curandero żyje bardzo skromnie nie dbając o dobra materialne, gdyż mają świadomość, że są one w ich posiadaniu jedynie przejściowo, albowiem tylko bogactwo wewnętrzne możemy zabrać ze sobą w wymiary duchowe.
Wędrując przez puszczę odnalazłem wiele maleńkich plemion i doświadczonych szamanów, których imion dawno już nie pamiętam.
Jednym z takich szczepów, do których trafiłem była maleńka wioska Aramangos. Ci malujący twarze Indianie od dawna unikają kontaktów z Białym Człowiekiem, który nadużywając ich zaufania próbował zmienić ich styl życia i odebrać im własną kulturę. Aramangos mają swoje własne prawa i nie pozwalają, aby ktokolwiek je zmieniał. Szkody, jakie wyrządzili Biali w życiu Indian rozegrały się nie tylko na planie materialnym, ale przede wszystkim w sferze duchowej. Dotyczy to szczególnie wprowadzanej na siłę akcji cywilizacyjnej, której efektem jest oddzielenie (szczególnie ludzi młodych) od natury i rodowych korzeni.

DALEKIE PODRÓŻE
Kiedy uciekłem z domu do puszczy amazońskiej poznałem tam wielu szamanów. Ponieważ moja rodzina była bardzo znana w szamańskim świecie w Peru, każdy curandero był dumny z tego, że może mnie uczyć.
Moim pierwszym mistrzem i nauczycielem był szaman z plemienia Auaruna gdzie uczyłem się leczenia ziołami. Potem odwiedziłem jeszcze wiele innych wiosek indiańskich. Uczyłem się od Hivaros, oraz Chiuaua z okolic Iquitos. Zamieszkujący tereny przy granicy z Brazylią. Praktykowałem i odprawiałem obrzędy w puszczy amazońskiej, w Andach peruwiańskich oraz w moich rodzinnych stronach na wybrzeżu.
W Peru każdy rejon, grupa etniczna, a nawet rodzina posługuje się odmiennymi technikami szamańskimi. Dzięki podróżom poznałem wiele tradycji i odmiennych rytuałów. Szczególnie trudne okazało się terminowanie u szamanów zamieszkujących wysokie Andy, którzy budzili mnie o trzeciej nad ranem wymyślając ciężki próby, możliwe do przejścia jedynie dzięki wysokiej samodyscyplinie.
Poznałem także święte rośliny od zawsze towarzyszące w obrzędach szamańskich: trująca lianę Ayahuaska z amazońskiej dżungli, zawierający meskalinę kaktus San Pedro stosowany na północy Peru oraz rosnącą w Andach Kokę. Rośliny te od tysiącleci używane są do wszelkich ceremoniałów, rytuałów ofiarowywania Matce Ziemi, do wróżenia i diagnozowania chorób.
Jednak mnie najbardziej spodobała się Hierba del Dragón zwana Smoczym Zielem, owadożerna roślina o silnym działaniu energetycznym stosowana w rytuale Mesa Chamanica. Hierba del Dragón używana jest jedynie przez nielicznych szamanów potrafiących zapanować nad jej energią. Umiejętnie stosowana pomaga w głębokim oczyszczeniu punktów energetycznych mających wpływ na właściwy rozwój ciała i umysłu. I chociaż nie jest halucynogenna to zażywana przez uczestników Mesa Chamanica otwiera umysł i wyzwala od negatywnych emocji działając na poziomie fizycznym, mentalnym i duchowym. Dzięki Smoczemu Zielu w czasie rytuału dochodzi do zharmonizowania tych wszystkich poziomów ze świętą energią Uniwersum. W ciągu 25 lat rytuał Mesa Chamanica odprawiłem dla blisko 60 tysięcy osób.

POWRÓT DO ŹRÓDŁA
Pomimo całej szamańskiej różnorodności, jaką było mi dane poznać zrozumiałem, że nie ma znaczenia, z jakiego rejonu kraju się wywodzisz i jaką tradycję reprezentujesz gdyż i tak większość curandero dowołuje się do tego samego źródła, a ich nadrzędnym celem jest osiągnięcie równowagi w trzech płaszczyznach ekspresji: ciała, ducha i umysłu.Każda istota ludzka, potrzebuje uleczyć coś w sobie w jednej z tych warstw, które zawsze powinny pozostawać w harmonii. Nie można rozwijać tylko jednej z nich zapominając o dwóch pozostałych. Jeśli tak uczynimy to doprowadzimy do powstawania osłabiających nasz organizm napięć. Jedynie równowaga między duchem, umysłem i ciałem zapewnia harmonijny i pełny rozwój.

SZAMAŃSKIE PRZESŁANIE

Najbardziej pragnę, aby ludzie nauczyli się dostrzegać nie tylko materię, ale także otaczającą nas zewsząd moc Uniwersum. Musimy otworzyć się na postrzeganie światów istniejących nie tylko wokół nas, ale także w naszej duszy. Każdy z nas może tego doświadczyć. Wystarczy, że pracując nad sobą nauczymy się zaglądać do naszego wnętrza. Wejściem do tego magicznego świata jest nasze serce. Bramę tę możemy przekroczyć nie dzięki wiedzy, którą w nas wpojono, ale poprzez pokorę i wizję, jaką nosimy w sobie. Zdolność ta dana jest każdemu, albowiem tak naprawdę wszyscy stamtąd pochodzimy i powrócimy tam u kresu życia. Oddalenie od duchowego świata sprawia, że czujemy się samotni. Oddaliliśmy się od siebie samych do tego stopnia, że nie znamy już pragnień własnej duszy. Zerwaliśmy więź z Naturą i z całym Uniwersum. Naszym zadaniem jest tam wrócić.

wysłuchała Elżbieta Jóźwiak
Artykuł zamieszczony w miesięczniku "Czwarty Wymiar" 5/2007