W KAŻDYM Z NAS JEST ŚWIATŁO
RELACJA ZE SPOTKANIA Z AWATAREM
DARSHAN
Kiedy dojechaliśmy do zamku Schaumburg zapadła już ciemność. Prawie po omacku wysypujemy się z autokaru idąc w kierunku jedynego światełka migoczącego w oddali. To wejście do domu Mother Meery. Większość zaczyna mówić przyciszonym głosem. Uśmiechnięty mężczyzna w pastelowym ubraniu wpuszcza przybyłych do przestronnego hallu. Zaraz po przekroczeniu progu otacza nas zapach sandałowego kadzidła - aromatu, który upodobała sobie Mother Meera. Wchodzący podświadomie odbierają to jako znak, że przekroczyli progi świętego kręgu i znajdują się w samym sercu sacrum, miejsca wypełnionego miłością i dobrocią, w którym każdy może odkryć w sobie swoją boską cząstkę i złączyć się z tchnieniem Paramatmana - pierwotnej kosmicznej energii, praprzyczyny istnienia.
Rozmowy cichną coraz bardziej. Zdejmujemy płaszcze i buty. Co zapobiegliwsi zakładają czyste skarpetki lub dziergane papucie. Za oszklonymi drzwiami otwiera się przed nami rzęsiście oświetlone pomieszczenie wypełnione wyściełanymi krzesłami. Wszystkie siedzenia zwrócone są w jednym kierunku - dużej sofy, na której zasiądzie podczas darshanu Mother Meera.
To mój pierwszy darschan, więc wchodząc do sali audiencyjnej poruszam się z dużą nieśmiałością. Wszędzie panuje atmosfera wyciszenia. Osoby, które wybrały już sobie miejsca nie rozglądają się po sali ale spokojnie, z zamkniętymi oczami, oczekują na rozpoczęcie darshanu.

NA SPOTKANIE Z MATKĄ
Jan, jeden z mistrzów ceremonii, rozsadza wchodzących do sali. Jest Holendrem, ale dobrze rozumie polską mowę. Jestem dość wysoki, więc muszę zająć miejsce pod ścianą. Ze smutkiem opuszczam swoje miejsce w drugim rzędzie i siadam daleko pod ścianą. Jeszcze nie wiem, że następnego dnia Jan posadzi mnie w pierwszym rzędzie po prawej stronie od Mother Meery. Torbę z aparatem fotograficznym wkładam pod krzesło. Za chwilę zacznie się darshan, a ja nie będę mógł zrobić ani jednego zdjęcia. Do sali wchodzą następne osoby. Jan wyszukuje dla nich odpowiednie miejsca. Jego szept jest jedynym dźwiękiem jaki dochodzi do moich uszu. Zamykam oczy i staram się wyciszyć przed spotkaniem z Matką. Wiele słyszałem o doznaniach jakie pojawiają się podczas darshanów i jestem ciekaw swoich własnych odczuć. Staram się zapanować na myślowym chaosem związanym z wielogodzinną podróżą w autokarze. Przed oczami pojawiają mi się twarze ludzi, których wczoraj poznałem, kontrola graniczna i kręte serpentyny dróg wijących się przez górzyste okolice Limburga, miasta gdzie na jednym ze wzniesień wyrasta sylwetka zamku Schaumburg - miejsce spotkań z Mother Meerą. Nagle wszystkie doznania kilkudziesięciu ostatnich godzin odpływają w najdalsze zakamarki mojego mózgu. Zalewa mnie fala ciszy i spokoju. Jedyna rzecz jaka dociera do moich zmysłów to zapach sandałowego kadzidła. Przez chwilę moje serce bije jak oszalałe, ale zaraz uspokaja się. W drzwiach pojawia się Adilakshmi - Hinduska będąca najbliższą opiekunką Mother Meery. Osoby widzące aurę są oczarowane jej wspaniałą czakrą korony i unoszącym się nad nią pióropuszem białego światła. Adilakshmi z nieodłącznym uśmiechem lustruje przybyłych. Za chwilę do sali wejdzie Mother Meera.

MATKA
Mother Meera zawsze była nietypowym dzieckiem. Przyszła na świat jako Kamala Reddy w małej hinduskiej wiosce Chandepalle w niezbyt religijnej rodzinie. I chociaż jej ziemscy rodzice bardzo ją kochali to nie rozpoznali w niej boskiej inkarnacji. Po raz pierwszy doznała oświecenia w wieku 6 lat, kiedy to w wewnętrznej wizji ujrzała swoich duchowych przewodników.
Lata młodzieńcze spędziła w Pondicherry, w aśramie założonym przez Śri Aurobindo (1872-1950), wielkiego filozofa i jogina dążącego do harmonijnej syntezy Wschodu i Zachodu. Tam też pod opieką Mirry Alfassa, arcyoświeconej jogini nazywanej też Sweet Mother, młoda Kamala Reddy zgłębiała swoją naturę, zadziwiając wszystkich rozległa wiedzą i przenikliwą mądrością. W swoich wspomnieniach Mother Meera zaznacza, że chociaż jej rozwój był natychmiastowy i kompletny to dzięki opiece Sweet Mother oraz duchowego wsparcia udzielanego jej przez Śri Aurobindo otrzymała wiele doświadczeń rozgrywających się nie tylko w rzeczywistości, ale także w przestrzeni subtelnej. Podczas kontrolowanych eksterioryzacji Sweet Mother zabierała Kamalę w wiele miejsc na Ziemi i w Kosmosie pełnych strachu i okrucieństwa. Kiedy przerażona dziewczyna spytała swoją opiekunkę czemu to robi usłyszała, że jej zadaniem jest nie tylko napawanie się urodą cudownych zakątków, ale przede wszystkim przeobrażanie ciemności w światło, cierpienia w radość, a śmierci w życie.
Kiedy Mother Meera miała 12 lat w aśramie pojawił się, znany jej dobrze z wewnętrznych wizji, wujek Reddy, człowiek który stał się jej opiekunem i przyjacielem. Reddy rozpoznał w dwunastoletniej dziewczynce wcielenie Boskiej Matki i postanowił całe swoje życie poświęcić Mother Meerze.
Kiedy w 1973 roku Mirra Alfassa opuściła swoją cielesną powłokę, czternastoletnia Kamala odeszła z aśramu i zamieszkała w szkole dla dziewcząt. Po dwóch latach z powodu złego stanu zdrowia Meery wujek Reddy zdecydował zabrać ją do rodzinnego domu. W 1979 roku opuścili Indie udając się w podróż do Kanady. Już podczas swojej pierwszej wizyty za Oceanem Mother Meera zaczęła udzielać darshanów. Wielu z przybywających na darshany widziało w młodej dziewczynie wcielenie Matki Boskiej, Jezusa, Buddy lub Kriszny. Natomiast osoby widzące energie subtelne opowiadały, że sylwetka Meery jaśniała wszystkimi kolorami tęczy. Mother Meera kilkakrotnie odwiedziła Kanadę, Szwajcarię oraz Niemcy. Z powodu złego stanu zdrowia wujka Reddy`ego Meera postanowił pozostać w Niemczech gdzie mogła zapewnić mu odpowiednia opiekę lekarską. Po śmierci swojego mentora Mother Meera poślubiła obywatela niemieckiego i osiadła na stałe w miejscowości Thalheim.

W POSZUKIWANIU DROGI
Jan od wielu lat szukał swojej duchowej ścieżki. Zanim trafił do Mother Meery i stał się mistrzem ceremonii, przez długi czas praktykował Krija Jogę. Kiedy jednak wziął udział w darshanie i spojrzał w oczy Mother Merry postanowił poświęcić swoje życie służąc tej niecodziennej Istocie. Mimo, że pracował i przebywał w bezpośredniej bliskości Mother Meery od ponad 18 miesięcy jeszcze nigdy nie zamienił z nią nawet jednego słowa. Jednak w myślach ciągle zadawał Boskiej Matce nurtujące go pytania i prosił ją o pomoc w rozwiązaniu swoich spraw.
- Pewnego dnia, kiedy sprzątałem salę, w której odbywają się darshany i zatrzymałem się na chwilę obok sofy, na której siada Mother Meera w mojej głowie pojawił się głos Matki: - Nie proś mnie o pomoc w rozwiązywaniu twoich problemów, raczej poproś mnie o siłę i wytrwałość dzięki której sam rozwiążesz wszystkie swoje problemy - wspomina Jan.
Ta chwila stałą się dla Jana przełomowym momentem w jego duchowych rozważaniach i medytacjach. Zrozumiał, że największa siła drzemie w nas samych - Matka Meera pomaga tylko ją wydobyć.

WIDZENIE ELŻBIETY
Na kilka chwil przed pojawieniem się Mother Meery salę zalała fala błogości i niebiańskiego spokoju. Natychmiast wyciszyłam się obserwując energie subtelne, które zaczęły pojawiać się przy kanapie Mother Meery. Dwie świetliste postacie, zielona i niebieska otoczyły swoją opiekuńczą energią miejsce, w którym po chwili pojawiła się Mother Meera. Były to inne Boskie Matki, które w energetyczny sposób wspomagały rozpoczynający się darshan.
Każda z osób, która podeszła do Mother Meery w czasie darshanu odmieniała się energetycznie. Zwykłe przydymione aury, rozświetlały się złotymi kolorami, a nad każdym pojawiała się wyraźnie kula jasnego światła, nasze wyższe ja - iskierka boskości, która tkwi w każdym z nas.
Kiedy zamknęłam oczy do moich zmysłów zaczęły dochodzić coraz to inne wrażenia, w nozdrzach poczułam zapach kwiatów, a moją skórę muskały delikatne ruchy powietrza. Zapadłam się w medytacji, z której zapamiętałam jedynie przenikliwe oczy Mother Meery oraz jej głos. Meera powiedziała mi, że od tego dnia moim przewodnikiem duchowym będzie Jogin, który zadba o mój prawidłowy rozwój duchowy.

ZAGINIONE DZIECKO
Podczas drugiego darshanu otrzymałem przekaz, który wprawił mnie w całkowite osłupienie. W mojej głowie pojawiły się dwa głosy przedstawiając się jako dziadkowie osoby, u której mieszkałem. Głosy poprosiły mnie o przekazanie jej pewnej wiadomości. Nigdy nie doznałem jeszcze takiego doświadczenia, więc kiedy po darshanie powróciłem na kwaterę długo zastanawiałem się, czy porozmawiać z przesympatyczną gospodynią. W przypływie odwagi wyznałem kobiecie, że zgodnie z wolą jej dziadków powinna pojechać do Polski i odnaleźć tam zaginione dziecko. Ku mojemu zaskoczeniu gospodyni wcale się na mnie nie pogniewała tylko opowiedziała mi historię swojej rodziny, która do 1962 roku mieszkała w Polsce na terenie Ziem Odzyskanych. Co więcej "zaginionym dzieckiem" okazała się kuzynka ciągle jeszcze mieszkająca w Polsce, z którą gospodyni nawiązała po latach kontakt listowny. Od tamtej chwili w mojej głowie, od czasu do czasu, rozlega się głos mojego przewodnik duchowego, który pomaga mi rozwiązywać najróżniejsze życiowe problemy i podejmować istotne decyzje.

CZŁOWIEK ISTOTA ŚWIETLISTA
Wiedzę można przekazywać nauczając, można też opierać się na indywidualnych doznaniach wewnętrznych, w których najważniejsze są emocje oraz pojawiające się podczas medytacyjnych wizji uczucia. Mother Meera zapragnęła przekazywać ludziom prawdę o ich prawdziwej istocie za pomocą jeszcze innego, artystycznego środka wyrazu, poprzez swoje energetyczne malarstwo. Od kilkunastu lat przelewa na papier obrazy rozgrywające się w światach subtelnych, w których ludzie nie mają twarzy, oczu, ani ust tylko są świetlistymi energiami. Nieśmiertelna esencja każdego z nas została przedstawiona jako świetlista mgiełka otoczona innymi przyjaznymi bytami, które pomagają nam napełnić się dobrotliwą energią spływająca wprost od Paramatmana - praprzyczyny istnienia.

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI
Od spotkania z Mother Meerą minęło już kilka miesięcy. W moim życiu jak i w życiu osób, które wraz ze mną uczestniczyły w darshanach wydarzyło się wiele istotnych rzeczy. Ktoś postanowił żyć uczciwie i z tego powodu stracił pracę, ktoś inny nie był w stanie znieść fałszu i obłudy w jakim tkwił do tej pory i rozszedł się z żoną, jeszcze inna osoba w przypływie uczuć zdecydowała się po latach nawiązać kontakt ze swoim pełnoletnim synem, który dawno temu opuścił domowe ognisko. Toksyczne związki, karmiczne układy lub zapiekłe animozje rozleciały się jak domki z kart. Sprawy z którymi przez lata nie można było się uporać nagle znalazły swoje rozwiązanie, a ludzie, którzy jak ślepcy kręcili się w zaklętym kole niemożności w jednej chwili oświecenia odzyskali wzrok i zobaczyli całe swoje życie.
Mother Meera w jednej ze swoich wypowiedzi przypomina, że rozwój duchowy jest indywidualną sprawą każdej istoty i nic nie może go ani przyspieszyć ani opóźnić. Dlatego ludzie powinni normalnie żyć i pracować służąc pomocą tym, którzy jej potrzebują. Wszyscy, którzy tak postępują z pewnością odnajdą swoją duchową ścieżkę.

Włodzimierz Osiński, Elżbieta P. Jóźwiak
tekst zamieszczony w miesięczniku "Czwarty Wymiar" nr 6/2005.