W JASKINI KATARÓW
Wejście do Groty jest wyjątkowo wąskie, aby je pokonać uczestnicy wyprawy, jeden za drugim, czołgają się na brzuchach popychając przed sobą plecaki z niezbędnym wyposażeniem. To pierwszy sprawdzian odwagi dla kilkunastu śmiałków, którzy zapragnęli doświadczyć wrażeń, jakie niesie ze sobą przebywanie we wnętrzu ziemi. Tu nie docierają już promienie słoneczne i przez najbliższe 48 godzin trzeba będzie posiłkować się płomieniami świec lub elektrycznymi latarkami. W tym czasie kompleks
połączonych ze sobą pieczar stanie się dla nich miejscem, w którym będą medytować i doświadczać wszechogarniającej energii prastarego górotworu - Groty Siedmiu Jaskiń.

NA SPOTKANIE LEGENDY

Montestruc-sur-Gers, to maleńka wioska leżąca w okręgu Ariége (Langwedocja) we francuskiej części Pirenejów nieopodal granicy z Hiszpanią i Andorą. Zatrzymujemy się w kamiennym domu z VIII wieku, który obecni gospodarze przerobili na skromną bazę turystyczną. Po chwili odpoczynku wyruszamy na mała przechadzkę po najbliższej okolicy. Wokół wioski wznoszą się majestatyczne i tajemnicze Pireneje pełne prehistorycznych jaskiń, gorących źródeł i górskich jezior. Po drugiej stronie przełęczy spoglądają na nas z wysokości 1207 metrów ruiny zamku Montségur, twierdzy, która w XIII wieku była jedną z ostatnich siedzib Katarów (we Francji zwanych Albigensami), odłamu wiary chrześcijańskiej wyklętego i prześladowanego przez zwolenników papiestwa. To właśnie tutaj zimą 1244 roku zgodnie z legendą, czterej Katarzy, przedarłszy się przez kordony oblegających twierdzę Francuzów ukryli w jednej z pirenejskich jaskiń resztki należącego do Albigensów skarbu. Niektórzy twierdzą, że obok złota i cennych manuskryptów mógł tam być nawet Święty Graal.
Wspominając tragedię ponad 200 mieszkańców zamku, którzy po zakończeniu oblężenia, nie wyparli się swojej katarskiej wiary i spłonęli na wspólnym stosie u stóp wzniesienia Montségur, (co, o ironio, w tłumaczeniu oznacza "Bezpieczną Górę") wracamy na kwatery, aby przygotować się do pierwszego dnia warsztatów.

W GŁĄB SIEBIE
O Grocie Siedmiu Jaskiń, która stała się celem naszej wyprawy, Margit Bohdalek dowiedziała się 18 lat temu. Kiedy po raz pierwszy spenetrowała jej siedem komnat i wczuła się w panującą tam atmosferę zrozumiała, że nie ma lepszego miejsca do przeprowadzania szamańskich inicjacji polegających na odczuwaniu energii Ziemi. - Natura przygotowała dla nas idealne miejsce. Grota, do której można dostać się jedynie pełzając jak wąż, posiada siedem wspaniałych jaskiń wypełnionych stalaktytami i stalagmitami. Każda kolejna komnata znajduje się niżej od pozostałych. Natomiast ostatnia, siódma pieczara, przypomina swoimi rozmiarami i konstrukcją sklepienia gotycką katedrę - mówi Margit Bohdalek. - Eksplorowanie Groty zamienia się w podróż do własnego wnętrza. Wraz z penetrowaniem kolejnych siedmiu komnat docieramy do najgłębszych pokładów swojego jestestwa zgodnie z kolejnością czakr. Wyciszeni przez otaczające nas skały, rozpoczynamy medytacyjny dialog z Matką Ziemią.
W ciemnościach nasze zmysły wyostrzają się, a przychodzące wizje nabierają wyrazistości. Zbiorowa podświadomość zaklęta w górskiej jaskini oddziałuje na nas ze wszystkich stron. Stajemy się jej częścią, rośniemy wraz z nią i nabieramy mocy. Walczymy ze wszystkimi swoimi fobiami i lękami, takimi jak strach przed zamkniętymi pomieszczeniami czy ciemnością. Tu także, o wiele łatwiej, można nauczyć się postrzegać energie subtelne i w ciemnościach górotworu zachwycić się ich delikatnym światłem.
Na tyle, na ile, pozwalają nam latarki elektryczne i błyskające w ciemności flesze aparatów fotograficznych penetrujemy urocze zakątki kolejnych jaskiń. Zachęceni przez szamankę ustawiamy na stalagmitach zapalone świeczki, które swoimi płomyczkami wprawiają nas w zadumę nad ilością lat, których potrzebowała przyroda by ukształtować te mineralne konstrukcje. Przyglądając się tym naturalnym kolumnom dochodzimy do wniosku, że niektórym z nich podczas formowania pomogła jakaś katarska ręka. Niestety, tak jak wszędzie, także i tutaj przyroda zaciera ślady ludzkiej działalności.

DUCHY PRZESZŁOŚCI
Płomienie maleńkiej kuchenki turystycznej i odgłos gotującej się wody dają nam nadzieję, że już wkrótce napijemy się gorącej kawy. W jaskini przez cały rok utrzymuje się temperatura 13 stopni Celsjusza i mimo, że noc spędziliśmy owinięci w ciepłe śpiwory to jednak panująca wszędzie wilgoć nie daje nam długo pospać. Szamanka skraca oczekiwanie na gorący napój grając na flecie jakąś aztecką melodię.
- Tak jak dla was, także i dla mnie, czołganie się wąskim przesmykiem do pierwszej jaskini było nie lada wyzwaniem i sprawdzianem charakteru - wspomina Margit Bohdalek. - Kiedy 18 lat temu, po raz pierwszy, wpełzałam do Groty przypomniałam sobie, że będąc małą dziewczynką w centrum Wiednia znalazłam żywego węża. Wzięłam go ze sobą, aby pochwalić się nim w szkole. Niestety inni uczniowie nie podzielali mojego zachwytu. Wąż został złapany i jako stworzenie wyjątkowo niebezpieczne pozbawiony życia przez jednego z nauczycieli. Nie mogłam tego zrozumieć, albowiem zawsze odczuwałam bliską więź ze wszystkimi żywymi istotami i zupełnie się ich nie obawiałam. Wtedy też, po raz pierwszy, wpadły mi w ręce książki poświęcone szamanizmowi, z których dowiedziałam się, że cała planeta jest jedną żywą istotą, a kamienie, rośliny i zwierzęta są starszymi braćmi Człowieka. Kiedy z biegiem lat moja wiedza pogłębiała się zrozumiałam jak wielką wartość daje obcowanie z Naturą. Nauczyłam się tego od swoich afrykańskich i amerykańskich szamańskich nauczycieli.

Powoli dobiega końca drugi dzień naszego nieprzerwanego pobytu w jaskini. Zgodnie ze wskazaniami naręcznych zegarków na zewnątrz zaszło już słońce i możemy bezpiecznie opuścić Grotę nie obawiając się o utratę wzroku. Zbieramy nasze rzeczy nie zapominając o śmieciach, pustych butelkach i resztkach jedzenia. Ostatni raz czołgamy się na brzuchach wypełzając na świat jak nowonarodzone dzieci. Pirenejski wieczór wita nas ożywczą bryzą i pikaniem, cudownie przywróconych do życia, telefonów komórkowych. Przyświecając sobie latarkami ostrożnie stawiamy stopy na kamienistym szlaku wiodącym do naszej kwatery.

W MEANDRACH HISTORII
Grota, która przez dwa dni była naszym domem, z powodu swojego wąskiego wejścia, z wyjątkiem nielicznych wycieczek speleologów, jest właściwie nieodwiedzana. Być może, dlatego stała się schronieniem dla katarskich niedobitków z okolic Montségur. Mogli się w niej długo ukrywać gdyż jaskinia dzięki swojej naturalnej konstrukcji dostarczała im wody i świeżego powietrza.
Popijając wodę, którą zaczerpnęliśmy z bijącego w Grocie podziemnego źródełka słuchamy opowieści Pierre, naszego francuskiego przewodnika wprowadzającego nas w czasy, gdy Langwedocję zamieszkiwali Katarzy. Wyznawali oni religię, według której świat duchowy został stworzony przez dobrego Boga, natomiast świat materialny oraz ludzie powstali na skutek działań Lucyfera, przez co ziemska egzystencja była pełna pokus odwracających uwagę od prawdziwego zbawienia. Dlatego też życie wyznawców kataryzmu wypełniały modły, skomplikowana liturgia i niekończące się posty. Mimo, że ich widzenie świata było dość skomplikowane to jednak udawało im się zgromadzić wielu wyznawców. Wśród głoszonych przez Albigensów postulatów znalazły się: powszechna równość, życie w skromności i wyrzeczenie się bogactwa. To ostatnie w żaden sposób nie mogło spodobać się władzy kościelnej i kolejnym papieżom występującym z inicjatywami krucjat przeciwko Katarom. Wyrzynani w pień lub paleni na stosach, przez ponad trzy wieki, uciekali w góry lub chronili się za murami przychylnych im twierdz Langwedocji. Do katarskiej legendy przeszła obrona zamku Montségur, który na przełomie 1243 i 1244 roku przez 9 miesięcy dzielnie opierał się wojskom francuskim stając się dla Albigensów tym, czym Termopile dla Greków lub Masada dla Żydów. Katarzy zamieszkujący okoliczne kamienne domy, którzy nie zdążyli schronić się w zamku pochowali się w pirenejskich jaskiniach gdzie po dokonaniu koniecznych oczyszczeń dokonywali rytualnych samobójstw skacząc w głębokie rozpadliny skalne. W przeciwieństwie, bowiem do doktryny chrześcijańskiej Albigensi uważali samobójstwo za najkrótszą drogę do zbawienia.

WŁASNA ŚCIEŻKA
W czasie kolejnych dni naszej szamańskiej eskapady po pirenejskich stokach zagłębialiśmy się nie tylko w prehistorycznych jaskiniach, ale także we własnym wnętrzu. Ta podróż dla każdego z uczestników wyprawy była jego własną, indywidualną ścieżką. Wspierały nas w tym, pełne zaufania i wiary, naturalne siły regeneracyjne Matki Ziemi. Wizje, obrazy i symbole, które wtedy doszły do głosu pomogły nam oczyścić się z lęków odziedziczonych po przodkach i dawnych wcieleniach. Szamańskie rytuały dodawały sił i rozświetlały nasze dusze jak promienie słońca wpadające o poranku do mrocznej jaskini. Naturalne i nadprzyrodzone powiązania z Matką Ziemią przeniknęły podświadomości wpływając na poszerzenie perspektywy, z jakiej teraz będziemy oglądać świat.

Elżbieta Jóźwiak
Tekst zamieszczony w miesięczniku "Czwarty Wymiar" nr 10/2007.