MOJE SPOTKANIA Z AWATARAMI
SZUKAŁEM SWOJEJ ŚCIEŻKI
Mam na imię Andrzej i możecie wierzyć lub nie, ale kiedy w wieku 54 lat straciłem wszystko, co tak misternie budowałem w moim życiu zagościła niewyobrażalna pustka. Od 15 lat wraz ze swoją żoną pracowaliśmy w Niemczech odkładając na upragniony dom. Kiedy wreszcie stałem się posiadaczem eleganckiej willi na południu Polski okazało się, że już nikt nie chce tam ze mną mieszkać. Moja żona wniosła sprawę o rozwód, a dorosłe córki zajęły się własnymi rodzinami. Zostałem całkiem sam. Bez żalu sprzedałem wymarzoną willę, a za uzyskane pieniądze zakupiłem 14 hektarów nieużytków tuż pod samą czeską granicą. Postanowiłem resztę swojego życia spędzić na łonie przyrody wiodąc proste i ekologiczne życie. W jednej chwili odstawiłem mięso,alkohol i inne używki. Wsłuchiwałem się w szum drzew i świergot ptaków starając się usłyszeć głos własnego serca.
Nie musiałem długo czekać.

SŁUŻYĆ INNYM

Kiedyś nazwałbym to wszystko "przypadkiem", ale teraz myślę, że wydarzenia naszego życia są z góry zaplanowane, a my tylko jesteśmy aktorami odgrywającymi napisane dla nas role.
Jednak z drugiej strony jestem przekonany, że każdy z nas ma w sobie boską moc zdolną uwalniać nas od najcięższych chorób i dowolnie kształtować nasze życie. Szukając odskoczni od świata fizycznego starałem się jak najbardziej zbliżyć do jądra własnej duchowości. Wtedy "przypadkiem" odezwali się do mnie starzy znajomi, którzy od dawna kroczyli duchową ścieżką. Wraz z nimi wyjechałam do Gruszkowa do obozu miłośników Sathya Sai Baby. Poznałem tam ludzi, którzy całkiem inaczej pożytkowali swój czas, preferując inny styl życia i myślenia. Zrozumiałem, że dobra materialne nie muszą stać na pierwszym miejscu w naszym życiu. Zacząłem dostrzegać rzeczy, które kiedyś wydawały mi się całkowicie nieistotne. W miarę pracy nad sobą poznawałem inne święte osoby takie jak Mother Meera, Matka Lasana, czy Amma.
Moja wizyta w Gruszkowie trwała z małymi przerwami prawie trzy lata. Wraz z innymi miłośnikami Swamiego śpiewaliśmy mantry i bhajany, obchodziliśmy różne indyjskie święta oraz urodziny Sai Baby. Przez cały ten czas, w zamian za miejsce do spania i wyżywienie, pracowałem na rzecz tej małej społeczności świadcząc sewę (służbę). Kiedy zbliżała się zima wyjeżdżałem do Indii, aby spotykać się ze swoim mistrzem.

ZAKOCHAĆ SIĘ CZY ZNIENAWIDZIEĆ
Turyści przyjeżdżający do Indii reagują w dwojaki sposób: albo bezgranicznie zakochują się w tym kraju, albo też nie zważając na wszelkie konwenanse pędzą do biura podróży, aby zrezygnować z zakupionej wycieczki i odlecieć do ojczyzny pierwszym dostępnym samolotem. Ja należę do tych pierwszych. Kiedy, 4 lata temu, postawiłem swoją stopę w ojczyźnie Gandhiego od razu poczułem się jak w domu. Jestem pewien, że kiedyś, w swoich poprzednich wcieleniach, już tu mieszkałem.
Każdy mój wyjazd obfituje w nowe wrażenia i przynosi nowe spojrzenie na Indie. Hindusi to wspaniali ludzie, którzy, mimo ogólnie panującej biedy, są niezwykle życzliwymi dla przybyszów z Zachodu. Nie gonią za dobrami materialnymi jakby wiedzieli, że to nie one dają prawdziwe zadowolenie z życia.

SPOTKANIE Z SAI BABĄ
Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do aśramu Sai Baby w Puttaparthy, Swami miał już duże kłopoty z chodzeniem. Mimo wielkiej energii wewnętrznej jego ciało 80-sięciolatka zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa. Sam Baba twierdzi, że kłopoty pojawiły się, kiedy postanowił przyjąć na siebie bardzo dużą dawkę negatywnej energii wymierzonej przeciwko Ziemi, która miała się zamanifestować w postaci wielkich klęsk żywiołowych. Dlatego nie chodzi już między rzędami swoich wiernych zbierając listy, ale porusza się na specjalnym wózku. Swami prosi, aby zapomnieć o jego fizyczności zachowując w pamięci jedynie jego ducha. Nie ważne są także zewnętrzne gesty i obrzędy, jakie wykonujemy, ale systematyczne wcielanie w życie nauk opartych na miłości bliźniego.

W AŚRAMIE
Dzień rozpoczynałem o czwartej nad ranem, kiedy to wraz z innymi mieszkańcami aśramu udawałem się do świątyni zajmując wcześniej wylosowane miejsca. Czasami trafiały mi się pierwsze rzędy i wtedy podczas darshanu mogłem przyglądać się Swamiemu, a nawet dwa razy wręczyłem mu listy ze swoimi prośbami. Teraz mam wrażenie, że list wystarczy tylko napisać, a Sai Baba i tak pozna jego treść.
Kiedyś wraz z wybiciem siódmej między rzędami pojawiał się Swami, potem poranny darshan rozpoczynał się godzinę później. Obecnie nie ma już takiej pewności, że uda się zobaczyć jego pomarańczową szatę, nikt jednak nie traci nadziei. Nawet, jeśli się nie pojawia to i tak wszyscy mieszkańcy aśramu odczuwają jego duchową obecność. O godzinie 9 rozpoczyna się śpiewanie bhajanów. Swami nigdy ich nie opuszcza. Słucha z uwagą intonowanych pieśni i zaprasza wybrane osoby na krótkie rozmowy, podczas których obdarza wybrańców vibuti lub materializuje dla nich pierścienie i obrączki. Po skończonych bhajanach zmęczony, ale szczęśliwy wędrowałem na śniadanie.
Rok temu miałem niezwykłe szczęście. Udało mi się przebiec koło samochodu, którym jechał Swami i zrobić kilka pięknych zdjęć. Po wywołaniu okazało się, że wszystkie klatki filmu były ostre, a Baba wyszedł na nich doskonale. Takiego szczęścia nie mieli inni biegnący za samochodem Sai. Ich nowoczesne aparaty cyfrowe zarejestrowały jedynie czerń. Bardzo lubię powtarzać słowa Sai Baby świadczące o uniwersalności jego nauk: Jest jedna religia - religia miłości, jest jedna rasa - rasa ludzkości. Kiedy wracam do kraju energia, która otrzymałem w aśramie utrzymuje mnie w błogostanie jeszcze przez kilka następnych miesięcy. Gdy jej oddziaływanie ustaje od razu zaczynam planować nową wyprawę.

MÓJ KOCHANY SYNU

W styczniu tego roku trafiłem do aśramu Ammy, awatarki o wielkim sercu. Amma właśnie wyjeżdżała w trasę objazdową po kilku miastach stanu Kerala na południu Indii. Bez namysłu dołączyłem do towarzyszącego jej orszaku. Wszyscy tak jak ja byli sewakami, czyli wolontariuszami pracującymi podczas darshanów. Przyjazd Ammy do każdego miasta traktowany jest jak wielkie wydarzenie. Pod wielkimi namiotami gromadzą się dziesiątki tysięcy Hindusów pragnących, chociaż na chwilę przytulić się do awatarki. Spotkania z Ammą są spontaniczne i nadzwyczaj żywiołowe. Wszędzie panuję atmosfera święta i rodzinnego pikniku. Po przemówieniach władz, dyskursach i śpiewach rozpoczyna się właściwy darshan. Każda osoba zbliżająca się do Ammy przytula się do jej serca, opowiada o swoich troskach, prosi o radę lub pomoc. Hinduska, z równą uwagą wysłuchuje wszystkich, obdarza ciepłym słowem, pociesza, gorąco obejmuje, a nawet całuje. Niemożliwe, aby od Ammy wracać smutnym i niespełnionym duchowo. Hinduska daje tak dużo szczęścia wewnętrznego i zewnętrznego, że wszyscy wracają z jej objęć uśmiechnięci i szczęśliwi.
Kiedy nadeszła moja kolej i sam zbliżyłem się do Ammy, ta przytulając mnie do piersi powiedziała po polsku - Mój kochany synu. Łzy same napłynęły mi do oczu. Objąłem ją jeszcze mocniej odpowiadając - Moja kochana matko. Czułem, że ta kobieta, która nie rozumie ani słowa po polsku, kocha mnie prawdziwą, bezwarunkową miłością, jaką matka obdarza swoje własne dziecko. Przepełnieni radością oboje wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. W czasie objazdowych darshanów na każde spotkanie z Ammą przychodziło od 50 do 90 tysięcy osób. Hinduska siadała na specjalnym podwyższeniu i rozpoczynała przytulanie. Wstawała dopiero po kilkunastu godzinach, kiedy ostatnia osoba opuściła jej ramiona. W tym czasie nie piła, nie jadła, ani nie korzystała z toalety, nie przyjmowała także żadnych leków, chociaż wiadomo, że cierpi na cukrzycę. Moim zadaniem podczas darshanu było wycieranie papierowymi ręcznikami zakurzonych i niemiłosiernie spoconych twarzy osobom, które za chwilę miały przytulić się do awatarki.

ZAKOCHANI W AMMIE
Hinduska od wielu lat podróżuje po całym świecie, odwiedza Australię, Nową Zelandię, Amerykę, Niemcy i inne kraje europejskie. Wszędzie towarzyszą jej ci sami ludzie, którzy porzuciwszy swoje dotychczasowe zajęcia nie odstępują na krok ukochanej istoty. Jedną z takich osób, którą poznałem w aśramie Ammy w Indiach jest Polka z Białegostoku. Zofia zanim trafiła do Bangalore przez 15 lat mieszkała w Nowym Jorku. Kiedy cztery lata temu Amma odwiedziła Stany Zjednoczone dziewczyna "przypadkiem" trafiła na jej darshan. I chociaż nie szukała żadnego guru to spotkanie z Ammą odmieniło jej życie. Kiedy w rok później awatarka znowu odwiedziła Nowy Jork Zofia podążyła już za nią. Otrzymała duchowe imię Wasuda i na stałe zamieszkała w aśramie. Zosia - Wasuda stałą się dla mnie nieocenioną skarbnicą wiedzy. Dzięki niej dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, poznałem historię Ammy oraz jej aśramu.

SAI RAM LASANA
Pewnego dnia w aśramie Sai Baby w Bangalore do moich uszu doleciały fragmenty rozmowy prowadzonej w języku czeskim. Gdy zaciekawiony szukałem wzrokiem słowiańskich rodaków, ze zdziwieniem dostrzegłem dobrze mi znaną twarz Lasany, czeskiej awatarki mieszkającej nieopodal polskiej granicy. Przetarłem oczy, ale Lasana wcale nie znikła, tylko nadal wraz z przyjaciółmi delektowała się kawą. Chciałem zaraz do niej podejść i porozmawiać, ale nie mogłem zdobyć się na odwagę. Dopiero, kiedy wstała od stolika odważyłem się powiedzieć do niej kilka słów. Lasana była bardzo zaskoczona, że jej sława dotarła aż do Indii. Wytłumaczyłem wtedy, że jestem Polakiem i już byłem na jej darshanach w Wilczym Polu. A potem pragnąc dać jej jakąś pamiątkę wręczyłem jej fotografię Ammy oraz prasadam, słodki kawałek chałwy rozdawany w aśramie Sai Baby.
W ciągu następnych dni jeszcze wielokrotnie spotykałem Lasanę wraz z jej opiekunami w aśramie Sai Baby w Whitefield. Milcząca na swoich darshanach teraz zachowywała się jak na 19-stolatkę przystało. Po powrocie do kraju dowiedziałem się, że Lasana zanim wróciła do Czech spotkała się także z Ammą. Pomyślałem, że stało się tak za sprawą zdjęcia, które jej wtedy wręczyłem.

MOTHER MEERA

Matka Meera pojawiła się w moim życiu całkiem niespodziewanie. Wieczorem zadzwonił do mnie przyjaciel, z informacją, że mają jedno wolne miejsce w samochodzie i następnego dnia rano jechałem już do Niemiec na spotkanie z awatarką. Podczas darshanów wyraźnie odczułem jej silną energię, która dała mi miłość i totalne wyciszenie. Przecinanie węzłów karmicznych było dla mnie bardzo ważne.
Nocowaliśmy w pensjonacie prowadzonym przez pewną Polkę, która dobrze pamiętała, że jeszcze kilka lat temu w sąsiedniej miejscowości mieszkała Mother Meera. Wskazała nam także cmentarz, na którym został pochowany jej ukochany wujek Reddy. Na jego grobie można codziennie znaleźć świeże kwiaty składane jej drobną dłonią. Drugim odnalezionym przez nas miejscem była mała kapliczka, w której Meera często medytowała. Hinduska zaleciła, aby obok ołtarza wmurowano tam kamień o wielkiej mocy energetycznej. O sile jego oddziaływania mogłem się sam przekonać przykładając do niego dłonie.
Wędrując śladami awatarki, po drugiej stronie Limburga natrafiliśmy na leśną polanę z tryskającym nieopodal źródełkiem czystej wody. Tam też zobaczyłem ścianę zbudowaną z wotywnych tabliczek, na których ludzi z całego świata dziękowali Mother Meerze za uzdrowienia i inne cuda, jakich od niej doznali. Długo staliśmy na tej pełnej słonecznej energii polanie, a przelatujące nad nami ptaki śpiewały wyjątkowo pięknie.

WEWNĘTRZNE ODRODZENIE
Kiedyś, pochłonięty zarabianiem pieniędzy, nie miałem na nic czasu i dużo rzeczy umykało mi bezpowrotnie. Nie widziałem ich, nie czułem i nie potrzebowałem. Obecnie moje postrzeganie stało się wyraźniejsze. Stałem się wyciszony i spokojny. Zrozumiałem, że to, co kiedyś posiałem będę teraz zbierał w postaci nie zawsze szczęśliwych doświadczeń.
Mój rozwój duchowy przebiega bardzo łagodnie bez wizji i astralnych wędrówek. Staram się słuchać swego serca i nie komentować jego decyzji. Żyję zgodnie z przyrodą, medytuję w miarę możliwości. Wciąż podróżuję i szukam. Om Sai Ram.

wysłuchał Włodzimierz Adam Osiński
tekst zamieszczony w miesięczniku "Czwarty Wymiar" nr 09/2006.