CUDA NA DŁONIACH
Opowieść o Amricie i Vibhuti
Jeszcze przed chwilą, kiedy zwiedzaliśmy liczącą ponad 1200 lat świątynię Ranganatha, otaczał nas kolorowy tłum nachalnych przekupniów, samozwańczych przewodników, fałszywych ochroniarzy i niewyobrażalnie okaleczonych żebraków. Całe to panoptikum egzotycznych postaci dopadało każdego nieostrożnego turysty starając się, pod pozorem "opieki", pozbawić przybysza wszystkich posiadanych przez niego rupii. Tymczasem w oddalonym o pięć minut jazdy jeepem sierocińcu Sri Rangapatna, który był głównym celem naszej wyprawy, powitała nas jedynie cisza. A przecież to właśnie tutaj, od ponad 30 lat, można zobaczyć nieprzerwany cud materializacji amrity - nektaru bogów.

ZMATERIALIZOWANA ENERGIA
O cudach czynionych przez Sathya Sai Babę napisano wiele, a niektóre nawet zarejestrowano na taśmie filmowej.
Przez dziesięciolecia Swami podczas publicznych darshanów lub prywatnych audiencji szczodrze obdarowywał swoich wyznawców złotymi łańcuchami, kolczykami, pierścieniami i puzderkami. Wszystkie te przedmioty były aportami, czyli pojawiały się w jego rękach bezpośrednio z powietrza. Natomiast podniesione w błagalnym geście dłonie pielgrzymów Baba chętnie obsypywał materializującym się przy koniuszkach jego palców świętym popiołem o leczniczych właściwościach nazywanym wibhuti. Wszystkie te przedmioty, działające jak osobiste amulety o wielkiej mocy, miały swoich konkretnych właścicieli i nikt z obdarowanych nie pomyślał nawet o próbie odsprzedania ich lub chociażby jubilerskiej wyceny. Wiadomo zresztą, że prezenty od Swamiego potrafią "znikać" w tajemniczych okolicznościach, kiedy ich właściciel przestaje być godny, aby je posiadać. Z drugiej strony, takiego pierścienia lub puzderka na wibuthi nie sposób zgubić lub stracić na skutek kradzieży, albowiem zawsze "powróci" ono do swojego prawowitego właściciela.

PO PROSTU UWIERZYĆ
Naocznym świadkiem codziennych materializacji, dokonywanych przez Swamiego podczas darshanów lub interview, można było zostać jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Obecnie prywatne "sam na sam" z Sai Babą graniczy już z cudem, nie mówiąc o innych atrakcjach.
Ponieważ jestem nie tylko dziennikarzem, ale także osobą prowadzącą warsztaty i rytuały energetyczne osobiście doświadczyłem jak głęboko w ludziach tkwi potrzeba obcowania z cudem będącym potwierdzeniem ich życiowych wyborów. Kiedy jesienią 2007 przygotowywaliśmy się do kolejnej indyjskiej wyprawy do aśramu Sathya Sai Baby większość zainteresowanych zadawała nam ciągle to samo pytanie: czy pojedziemy po amritę do Sri Rangapatna? Odpowiadałem twierdząco, gdyż sam nie mogłem się już doczekać wyjazdu.

W PODRÓŻY
Z aśramu w Puttaparthi wyjechaliśmy o piątej nad ranem. Mieliśmy do pokonania prawie 400 kilometrowy odcinek nienajlepszej drogi i perspektywę przebijania się przez zatłoczone Bangalur. Tego dnia było wyjątkowo gorąco, niestety kierowca naszego jeepa był do tego stopnia dumny ze swojego nowego samochodu, że nie pozwolił nam zdjąć plastikowych pokrowców chroniących tapicerkę foteli.
W połowie drogi do Sri Rangapatna za oknami naszego jeepa zaczęły zmieniać się widoki. Spalona słońcem czerwona ziemia osypująca się z kamienistych wzgórz, tak charakterystycznych dla stanu Andhra Pradesh zaczęła ustępować zielonym polom uprawnym trzciny cukrowej, plantacjom bananów i kokosów. W dali połyskiwały majestatyczne grupy ostańców świadczące o wielkich geologicznych przeobrażeniach, jakie przez miliony lat przeszedł płaskowyż Dekan (950m n.p.m.). Tak witał nas stan Karnataka, w którego wybujałej przyrodzie czuło się już powiew Morza Arabskiego i piaszczystych plaż Goa.
Czterdzieści kilometrów przed celem podróży zatrzymujemy się w przydrożnym barze skleconym z bambusów, folii i metalowych pudełek po jakichś przemysłowych produktach. Właściciel tego punktu "małej gastronomii" z dumą prezentuje nam kolorowy telewizor i ekspres do kawy znanej światowej marki. Świadomi niebezpieczeństw, jakie czyhają na nieostrożnego turystę z Zachodu z rozwagą wybieramy produkty do zjedzenia. Bezpieczne okazują się jedynie kawa i smażone na gorącym oleju placuszki. Kiedy zamierzamy już odjeżdżać wokół nas jak spod ziemi wyrasta kilku żebraków i para niemiłosiernie umorusanych dzieci. Wyciągniętymi w międzynarodowym geście dłońmi dają nam do zrozumienia, że zapomnieliśmy zostawić należny im napiwek. Pozbawieni drobnych ruszamy w dalszą drogę.

SPOTKANIE Z CUDEM
Sierociniec Sri Rangapatna to kompleks kilku budynków leżących bezpośrednio przy drodze z Bangalur do Mysore.

Jego założyciel, B. Halagappa w latach osiemdziesiątych borykał się z wieloma problemami związanymi z utrzymaniem ośrodka i wykarmieniem przebywających tam pięćdziesięciu sierot. A ponieważ był wiernym wielbicielem Sathya Sai Baby, Swami ofiarował mu dwa zmaterializowane przez siebie medaliki, z których nieprzerwanie ścieka amrita - słodka ciecz o kolorze i konsystencji miodu. Dodatkowo posiadane przez Halagappę obrazy przedstawiające Babę w samoistny sposób pokrywają się świętym popiołem wibhuti.

Kiedy zajeżdżamy przed sierociniec słońce właśnie stoi w zenicie. Pełni obaw czy uda nam się przebić przez tłum innych podróżników i posmakować boskiej amrity wysiadamy z gorącego samochodu. Cisza i brak jakichkolwiek oznak ruchu turystycznego zupełnie nas zaskakuje. Jako jedyni zdejmując obuwie przekraczamy bramy słynnego na cały świat sierocińca. W przestronnej i chłodnej sali pełniącej rolę świątyni czeka już na nas założyciel sierocińca i pomagająca mu Hinduska. Po wielu kurtuazyjnych ukłonach i modlitewnych gestach Halagappa pokonując objawy zaawansowanej astmy przynosi ukryte za ołtarzem dwa niepozorne medaliki. Dostępujemy zaszczytu obcowania z niezaprzeczalnym cudem materializacji.

Starzec, każdemu z nas, kładzie na wyciągniętych dłoniach po medaliku. Z bijącymi sercami obserwujemy jak w zagłębieniach rąk gromadzi się amrita, którą Hindus przelewa łyżką na puste dłonie zachęcając do jej wypicia. Nikt się nie spieszy i wcale nas nie pogania. Delektujemy się tą chwilą robiąc dziesiątki zdjęć i sprawdzając czy aby na pewno to medaliki z wizerunkami Swamiego i Sai Baby z Shirdi są źródłem spływającej cieczy. Spostrzegam nawet, że jeden z medalików jest uszkodzony i stracił już fragment pokrywającej go porcelanowej emalii.
Kto raz zakosztował amrity nigdy nie zapomni jej smaku. W chwilę po wypiciu nektaru całe ciało przenika gorący dreszcz, pobudzający wszystkie komórki ciała i harmonizujący pracę narządów wewnętrznych.
Na kilka minut wyostrzają się zmysły i znikają dolegliwości fizyczne. Co ciekawe, mimo, że amrita jest bardzo gęsta i słodka to jednak nie klei się do dłoni. Dodatkową właściwością nektaru jest jego naturalne odradzanie się. Dlatego zdarzało się, że pielgrzymi, którzy w Sri Rangapatna otrzymali zaledwie malutką buteleczkę amrity delektowali się nią przez długi lata gdyż płynu w naczyniu nigdy nie ubywało.
Z radością obserwujemy jak pomagająca Halagappie Hinduska napełnia amritą przygotowana przez nas zawczasu buteleczki. Dostajemy także po małej paczuszce wibhuti, które chwilę wcześniej zostało strząśnięte z obrazu Swamiego.

ŚWIĘTE PANACEUM
Wielbiciele Sathya Sai Baby uważają, że wibhuti jest najlepszym lekarstwem na wszelkie dolegliwości. Święty popiół usuwa kamienie żółciowe, przywraca zdolności rozrodcze, cofa porażenie mózgowe, służy jako środek znieczulający lub preparat błyskawicznie gojący rany. Jest to najczęściej biały lub szary proszek o słodkim smaku i delikatnym zapachu. Jednak nie zawsze wygląda tak samo i w zależności od tego, dla kogo jest przeznaczony, może przybierać różny wygląd.
Doktor K.V. Srinivas, wykładowca biologii w koledżu w Kadugodi, twierdzi, że na własne oczy widział jak Baba zmaterializował szczyptę czarnego wibhuti o cierpkim smaku dla chorego na raka krtani pilota samolotu. Natomiast dr Naresh Bhatia w swojej książce "Twarzą w twarz z Bogiem" wspomina o szaro-czerwonym wonnym wibhuti, które za sprawą Swamiego, pokryło większość mebli w jego pokoju.
Popiół pojawia się nie tylko na dłoniach Swamiego, ale także na czole, w kącikach ust i na jego stopach. Dzieje się tak, kiedy Baba medytuje lub świadomie opuszcza swoje ciało. Obliczono, że do tej pory zmaterializował już kilkanaście ton tego niezwykle lekkiego popiołu. Sai Baba nie jest jedyną osobą obdarzającą swoich wielbicieli świętym popiołem. Podobnie jak on czyni obecnie Vishvananda, a wcześniej Sai Baba z Shirdi i Premananda..


CUDOWNA PRZEMIANA

Wiedziony dziennikarską pasją wyjąłem z plecaka dyktafon próbując namówić częstującego nas amritą Starca do opowiedzenia historii swojego życia. Niestety Halagappa mówił jedynie w języku telugu, a doskwierająca mu astma także nie skłaniała go do zwierzeń. Gdy przyglądałem się temu nobliwemu starcowi przypomniałem sobie legendę jego życia zasłyszaną kilka dni wcześniej w aśramie.

Zgodnie z tą historią Halagappa pochodził z bardzo biednej wielodzietnej rodziny. Kiedy jego rodzice zmarli, jako nastolatek wyruszył w świat. Odwiedził wiele świętych miejsc i aśramów wędrując w towarzystwie podejrzanych mnichów, którzy w ramach "praktyk duchowych" uzależnili go od narkotyków i alkoholu. Aby zdobywać pieniądze na swoje nałogi młody Halagappa wielokrotnie dopuszczał się kradzieży. W tych latach upadku często ratował go z opresji Sathya Sai Baba, nie tylko załatwiając mu pracę w fabryce cukru, ale nawet broniąc go przed policją. Wreszcie w 1963 roku podczas osobistego interview w duszy Halagappy doszło do całkowitego przeobrażenia. Porzucił niecny tryb życia osiedlając się nad brzegiem rzeki Cauvery w świętej miejscowości Sri Rangapatna. W kilka miesięcy później przygarnął pod swoje skrzydła pierwsze sieroty.

Pozostawiając sowite datki będące podstawą utrzymania sierocińca wychodzimy na zewnętrzny dziedziniec by doświadczyć ostatniej cudowności. Pod łukowatym sklepieniem na murowanym postumencie dostrzegamy schowane pod drewnianą przykrywą dwie wyrzeźbione w kamieniu stopy.

Zgodnie z legendą przedstawiają one stopy Sai Baby z Shirdi i od wielu już lat rozsiewają wokół woń jaśminu. Przecieramy stopy płóciennymi chusteczkami w nadziej, że zapach jaśminu przepełni strukturę materiału.
Robimy jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i jacyś zasmuceni wsiadamy do naszego jeepa. Przed nami jeszcze wiele atrakcji: świątynie, pałace i aśramy. W kilkanaście minut później wjeżdżamy do Mysore, aby zwiedzić pałac maharadży Wadiyara IV. Na parkingu znowu otaczają nas natarczywi przekupnie oraz inni łowcy turystów. Po atmosferze obcowania z prawdziwym cudem nie pozostało już ani śladu.

W POSZUKIWANIU PRAWDZIWYCH WARTOŚCI
Materializowanie przedmiotów, wibhuti, roztaczanie wokół siebie niebiańskiego blasku lub cudownej woni jest jednym z charyzmatów przynależnym wyłącznie istotom boskim oraz świętym. Dlatego każdy akt publicznego stworzenia czegoś z "powietrza" budzi uzasadnione wątpliwości, co do intencji jego sprawcy, który być może pragnie w ten sposób udowodnić własną boskość. Sceptycy wielokrotnie kwestionowali nadprzyrodzone zdolności Sathya Sai Baby oskarżając go o kuglarskie sztuczki mamiące oko naiwnych wyznawców. Jak jednak wytłumaczyć akt pojawiania się amrity lub wibhuti bez osobistego udziału Swamiego? Dla piszącego te słowa jest to widomy sygnał, że współczesna nauka jeszcze nie potrafi opisać wszystkich zachodzących na naszej planecie zjawisk. Co więcej, cisza jaką zastaliśmy w Sri Rangapatna jest sygnałem, iż tak naprawdę naukowcy wcale niepragną odnaleźć teorii logicznie łączącej energię z materią. Nic dziwnego skoro większość ludzi zamiast przyglądać się prawdziwym cudom woli gonić za wątpliwymi, ale będącymi w modzie atrakcjami.

Włodzimierz Adam Osiński
Tekst zamieszczony w miesięczniku "Czwarty Wymiar" nr 2/2008.

Przeczytaj inne artykuły związane z tym tematem:
"TAM, GDZIE DUCH WYRYWA SIĘ Z MATERII" <<<>>>
"MOJE SPOTKANIA Z AWATARAMI" <<<>>>